Już z samego wyglądu jest uosobieniem jogina z romantycznych opowieści o tajemnych i mistycznych Indiach. Szczupły, wręcz bez grama tłuszczu, o przenikliwym wzroku i łagodnym uśmiechu, ten drobny i długowłosy jogin gdziekolwiek się pojawi, natychmiast wzbudza zainteresowanie. Podczas mojego niedawnego pobytu z nim na południu Indii, w słynnej świątyni bogini Minakszi w Madurai, można było zauważyć, jak liczni pielgrzymi i zagraniczni turyści skupiali na nim wzrok, pomijając zupełnie liczne w tym miejscu wizerunki bóstw oraz wszechobecnych i zabiegających o uwagę otyłych świątynnych braminów. Grupka Amerykanów, zahipnotyzowana jego widokiem, zatrzymała się, by szybko nagrać z nim kilka ujęć.
Jogin ponad podziałami religijnymi
Janglidas Maharaj, bo o nim mowa, dwukrotnie gościł w Polsce. Trzecia jego wizyta nie doszła do skutku z powodów urzędowych, gdyż ten jogin, będący uosobieniem łagodności, miał stanowić zagrożenie dla religijnej monokultury kraju. Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że nawet w Indiach Janglidas Maharaj nie jest przedstawicielem hinduizmu w jego obrzędowym i kultowym wymiarze. Jest po prostu joginem, który odrzuca zewnętrzne formy religijne, rytuały i symbolikę hinduistyczną, skupiając się wyłącznie na esencji jogi i medytacji. W jego aśramach nie ujrzy się żadnej symboliki hinduistycznej, nie ma żadnych wizerunków bóstw, nie czci się Ganeszy, Sziwy, Kryszny. Nie trzeba przebierać się w jakieś szczególne szatki, wykonywać pokłonów i robić dziwnych min, mających stanowić dowód spływającej na człowieka błogości.
Przesłanie Janglidasa Maharaja, zwanego Omgurudevem, czy bardziej familiarnie Babajim, jest proste. Istnieje tylko jedna rzeczywistość – Atma, rzeczywistość atmiczna. Czy jest to Paramatma, odwieczne Coś, czy Atma w tym zjawiskowym świecie, tak naprawdę jest to cały czas Jedno i To Samo. Trwa odwieczny duet Światła i Cienia, Aktywności i Bezruchu. Jest to jedność tańcząca z samą sobą. Rzecz jednak w tym, że jeden z tancerzy w tym duecie Prawdy i Mayi nie wie, że tańczy sam ze sobą. Dlatego stara się bardzo, jak na przykład bohaterowie programu Taniec z Gwiazdami. Tancerze z tego programu przestają wraz z końcem każdej kolejnej edycji. W tym odwiecznym tańcu tak łatwo przestać nie można. Taniec jest upojny, czasami męczący, lecz nieustannie dostarcza i wyzwala wiele emocji. Emocje te usypiają i nie pozwalają wydostać się ze snu. Nie wystarczą tu zwykłe słowa: Tancerzu, przebudź się, kończymy program. Trzeba czegoś więcej.
Medytacja jako klucz do przebudzenia
Tym czymś jest medytacja. Nie ta medytacja w potocznym rozumieniu. Żadna medytacja o pokoju na świecie, o tym czy owym, aniołach, diabłach, plejadianach i tak dalej. To są tylko i wyłącznie fantazmaty umysłu. Medytacja nie ogranicza się również do siedzenia w siadzie skrzyżnym. To stan umysłu poza wszelkimi wizjami i wyobrażeniami o skrzydlatych pomocnikach, dewach, zwiastunach i błogosławionych.
Janglidas Maharaj jest ascetą. Jest również ascetą słowa. Mówi mało, prawie wcale, przynajmniej jeśli chodzi o przekaz tak zwanej wiedzy. Dlatego na pewno nie znajdą u niego satysfakcji uczestnicy rozlicznych newageowych kursów za pieniądze, podczas których sprzedaje się im powierzchowne nauki duchowe, zwane na ogół wiedzą z wyższego poziomu. Nie ma u Janglidasa przekazów od rozlicznych aniołów, archaniołów, rysowania uzdrawiających i oświecających mandal, kolejnych stopni inicjacji i dyplomów, certyfikatów z pieczątką i znakiem wodnym, potwierdzających przynależność do specjalnej szkoły duchowego wtajemniczenia. Tak naprawdę nie ma niczego poza spotkaniem z własnym umysłem, z jego nierozpoznaną naturą. Im głębiej ta natura jest rozpoznawana, tym trudniej jest do niej dotrzeć. Dlatego nie wystarczy już tutaj zapał po weekendowym seminarium medytacyjnym. Tutaj trzeba naprawdę rzetelnej praktyki. To jest medytacyjna praca wymagająca pełnego zaangażowania, program praktycznie na całe życie, tak jak zdarzyło się to Janglidasowi Maharajowi.
Droga jogicznego samadhi
Czytelnicy Nieznanego Świata znają już chyba dobrze historię życia Janglidasa Maharaja, choćby z interesującego cyklu o nim i jego tak zwanych świętych, zamieszczanego w ubiegłym roku. W tym roku Janglidas Maharaj dosłownie jednego dnia zniknął ze swojego głównego aśramu w Kokamtham, nieopodal słynnego Shirdi Sai Baba. Jak się okazało, przez te dwa miesiące był pogrążony w jogicznym samadhi, w miejscu niedostępnym dla wszystkich. Kiedy po tych dwóch miesiącach powrócił do aśramu, powiedział, że ten czas spędzony w samadhi był równy dwudziestu latom wcześniejszych praktyk jogicznych. W każdym razie Janglidas powrócił do aktywności jeszcze silniejszy niż dotąd. W jego obecności inni też łatwiej osiągają wyższe, medytacyjne stany umysłu, szczególnie dotyczy to kobiet-joginek.
Ostatnio, w kwietniu, w aśramie w Kokamtham miał miejsce dawno niepraktykowany, pochodzący ze starożytnych czasów wedyjskich rytuał pięciu ogni. W ciągu dwudziestu jeden dni kwietnia przeszła go znana z dwunastego numeru Nieznanego Świata Shantimayi Mata. Każdego dnia ta wspaniała i piękna joginka spędzała po wiele godzin w kręgu pięciu ognisk, wystawiona na działanie ostrego słońca. Przeciętny człowiek na przeciętnym poziomie opanowania, a właściwie nieopanowania umysłu, po prostu fizycznie nie podołałby takiej próbie. Mówiąc dosadniej, zmarłby z powodu żaru. Jednak umysł jogina w wysokim stanie samadhi pozwala ciału na całkowite odcięcie się od tego śmiertelnego zagrożenia. W tym stanie umysłu nawet ciało staje się na swój sposób nieśmiertelne. Jest to jeden z najpoważniejszych testów na jogiczne opanowanie umysłu. Ten rytuał bywał nawet lokalnie zakazywany w Indiach, gdyż co jakiś czas zdarzały się śmiertelne wypadki. Shantimayi Mata przeszła tę próbę pomyślnie, stając się jedną z ważniejszych postaci w panteonie joginów skupionych wokół Janglidasa Maharaja. Bycie joginem jest jednak dostępne dla nielicznych.
Świętość w oczach wiernych
Dla wielu innych Janglidas Maharaj jest po prostu wielką postacią, a dla ludzi uwarunkowanych religijnie świętym. Dlatego każdego roku, podczas popularnego w Indiach święta Gurupurnima, można być świadkiem tego, jak kilkaset tysięcy ludzi przybywa do aśramu w Kokamtham, żeby złożyć hołd temu potężnemu joginowi. Podczas tego święta można zobaczyć wielokilometrową kolejkę, ciągnącą się aż od Shirdi (7 km), ludzi pragnących darśanu Janglidasa Maharaja. W tym roku tych ludzi przybędzie do Kokamtham w Gurupurnima jeszcze więcej niż dotąd, gdyż w tym czasie zostanie otwarta tak zwana Złota Świątynia, poświęcona poprzedniemu wcieleniu Janglidasa Maharaja, czyli Vishwatmak Jangli Maharajowi. To zresztą jedyna świątynia w tym nad wyraz skromnym, iście jogicznym aśramie.