Zaproszenie przyszło tak nieoczekiwanie, że decyzja mogła być tylko jedna: jechać. Na wykonanie wszelkich niezbędnych czynności zostało zaledwie dwa tygodnie, ale wszystko układało się jak po sznurku. W noworoczny poranek cztery osoby spotkały się na lotnisku w oczekiwaniu na samolot, który miał rozpocząć ich niezwykłą duchową podróż. Podróż, która w rzeczywistości przebiegać miała koleją, gdyż trzeciego stycznia na stacji Kopergaon, piętnaście kilometrów od Shirdi, czekał już specjalnie wynajęty od indyjskich kolei państwowych i przygotowany pociąg „Omgurudev Express”. Tym niezwykłym składem, wraz z blisko tysiącem dwustoma innymi pielgrzymami, mieli odbyć dwutygodniową pielgrzymkę po świętych miejscach południowych Indii.
Po dwóch bezsennych nocach spędzonych na podróży do Indii grupa dotarła w końcu drugiego stycznia popołudniem do aśramu Janglidasa Maharaja w Kokamtham. Niestety trzeciej z kolei nocy również nie dane było im odpocząć, gdyż przyjechali w Purnimę, czyli w noc pełni księżyca, kiedy ten mistrz medytacji i miłości do Duszy Najwyższej udziela mantra-dikszy, publicznie przekazując świętą mantrę swoim uczniom. Trzeciego stycznia, wraz z liczną grupą pielgrzymów, zameldowali się na stacji w Kopergaon, lokalnym węźle kolejowym. Składający się z kilkunastu wagonów pociąg, dumnie oznaczony napisami „Omgurudev Express”, czekał już na nich, by zabrać do pierwszego punktu przeznaczenia, do Hyderabadu, stolicy stanu Andhra Pradesh. Czekała ich kilkunastogodzinna podróż, za to w przedziale sąsiadującym z przedziałem Janglidasa Maharaja i jego najbliższych uczniów. O szesnastej pociąg wyruszył w pielgrzymkę.
Hyderabad – nowoczesność i iluzja
Dotarli do Hyderabadu w południe następnego dnia. Podróż mogła być krótsza, ale ten przedziwny „express” nad wyraz często czekał na zielone światło dla siebie. W pięknym, nowoczesnym i czystym Hyderabadzie trafili najpierw do miłego hotelu, by się odświeżyć, a następnie stamtąd – ku swojemu zaskoczeniu – nie do żadnej świątyni, lecz do „Ramoji Film City”, największego indyjskiego miasteczka filmowego, większego niż słynne plenerY Bollywoodu. Jest to miejsce równie ogromne, jak kiczowate, ale hinduscy pielgrzymi czuli się tam świetnie, gdyż właśnie tu nakręcono wiele znanych im filmów. Przy okazji pokazano im, jak taki hinduski film się kręci i zaprezentowano podstawy sztuki iluzji. Iluzji, jaką według filozofii wedanty jest także nasz świat i wszystko w nim, łącznie z nami samymi, aktorami w teatrze cieni, uwikłanymi w maję, złudzenie tego świata.
Aby jednak nie pogrążyli się nadmiernie w mayi, wieczorem zawieziono ich na obrzeża Hyderabadu na wielki satsang, duchowe spotkanie przygotowane przez Pyramid Spiritual Society, organizację założoną przez niejakiego Patrijego, ucznia Osho, ale przede wszystkim człowieka ze zmysłem do biznesu. Już sama krótka wizyta w jego kilkukondygnacyjnym domu z hallem medytacyjnym poświęconym Sathya Sai Babbie napełniła uczestników szacunkiem dla ziemskich talentów Patrijego. Na satsang przybyło kilka tysięcy osób z Hyderabadu. Atmosfera tego duchowego spotkania była jednak trochę nijaka. Janglidas Maharaj w pewnym momencie dał wyraźny znak do zakończenia satsangu. Wszyscy mieli wypocząć przed kolejnym etapem, zwłaszcza że rano czekała ich kilkugodzinna podróż autobusami do Srisailam.
Srisailam – spotkanie z jyotirlinga
Srisailam to piękne miejsce, ale przede wszystkim miejsce, w którym znajduje się jeden z dwunastu indyjskich jyotirlinga, świętych symboli Śiwy podtrzymujących duchową siłę Indii. Jyotirlinga, czyli lingam światła, to jedna z najświętszych form w hinduizmie, reprezentująca niezniszczalną i wieczną moc boga Śiwy. Zaraz po dotarciu na miejsce wyruszyli do ogromnego kompleksu świątynnego, by pokłonić się lingamowi. Zrobili to dwukrotnie, przy czym raz z czystej ciekawości, by lepiej przyjrzeć się tajemniczo wyglądającemu lingamowi. Wrażenie spotkania z czymś nieziemskim pozostało w nich na długo. Przed nimi było jednak jeszcze coś bardziej nieziemskiego. Autobusy zawiozły całą yatrę, pielgrzymkę, z powrotem do Hyderabadu, skąd ich pociąg miał ich zawieźć do Tirupati. Stamtąd dzieliło ich już niespełna dwadzieścia kilometrów do Tirumala, największego centrum pielgrzymkowego Indii.
Tirumala – darśan najbogatszego bóstwa
Po godzinach spędzonych w kolejce po bilet do świątyni Balajiego, jednej z najbardziej znanych form boga Wisznu, znaleźli się na terenie ogromnego kompleksu świątynnego, swoistego Watykanu Indii. Świątynia ta jest najbogatszą w Indiach, a jej dzienne wpływy z ofiar wiernych szacuje się na czterdzieści do pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Przed nimi stanęła kolejna kolejka, tym razem z wcześniej wystawionymi biletami, by po czterech, pięciu godzinach znaleźć się wreszcie przed obliczem bóstwa i otrzymać darśan, czyli możliwość ujrzenia świętego wizerunku. Świątynia ta stała się łaskawa dla białych dopiero od niedawna, gdyż hindustyczni fundamentaliści uważali, że nie-hindus, a tym bardziej biały cudzoziemiec, z całą pewnością nie jest godzien darśanu tej najbardziej kosmicznej boskiej formy w Indiach.
Czasy jednak się zmieniają i oni także, jak pozostałych tysiąc dwieście uczestników yatry, zasłużyli na darśan, a nawet dostali czasowy bonus. O ile przeciętny hindus może na bóstwo zerknąć przez dziesięć do piętnastu sekund, ich służby porządkowe wyciągnęły z kolejki i nakazując „Patrzcie na Boga”, pozwoliły patrzeć przez kilka minut. Mogli teraz naprawdę docenić kosmiczny wymiar boskiej mocy. Musieli zebrać energię, gdyż przed nimi był najdłuższy odcinek podróży, do Kanyakumari, najdalej na południe wysuniętego punktu subkontynentu indyjskiego.
Kanyakumari – gdzie spotykają się wody
Kanyakumari to miejscowość olśniewająco piękna, miejsce, gdzie stapiają się wody Morza Arabskiego z Oceanem Indyjskim. Miejscowość, która tylko cudem uniknęła zniszczenia przez tsunami w grudniu dwa tysiące czwartego roku. To także jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych dla hindusów. Tutaj dotarła i swoje dzieło wykonała bogini Kanyakumari, jedna z ważniejszych form Parvati, boskiej towarzyszki Śiwy. To miejsce, w którym słynny Swami Vivekananda w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim roku na blisko trzy doby wszedł w stan samadhi, głębokiej medytacji, po czym ze zwielokrotnioną mocą wyruszył w świat. Rok później dotarł do Chicago na Światowy Parlament Religii, dając impuls do rozprzestrzenienia się hinduizmu na Zachodzie. Miejsce tej głębokiej medytacji upamiętnia imponujące mauzoleum zwane Vivekananda Smarak.
Atrakcji w tej cudownej miejscowości było bez liku, ale aby nie zatracić się w ich podziwianiu, Janglidas zaprosił grupę wcześniej do swojego hotelowego pokoju na krótką medytację, przypominając zarazem, że największe atrakcje czekają na nich w ich własnym wnętrzu, nie na zewnątrz. Sam zresztą, jak dotąd, w każdym z miejsc, w których byli, nie opuszczał swojego pokoju. Pogrążony w samadhi, podróżował znacznie szybciej niż oni, choć fizycznie całą yatrę przemierzał razem z nimi pociągiem. Ten miał zawieźć ich tym razem do Madurai, innego wielkiego i słynnego centrum pielgrzymkowego.
Madurai – zamknięte drzwi
W Madurai spotkała ich pierwsza mniej sympatyczna niespodzianka. Gdy dotarli do słynnego kompleksu świątynnego bogini Minakshi, kolejnej formy Parvati reprezentującej Śakti, boską energię kobiecą, przedostali się przez zewnętrzny krąg straganów i sklepików z dewocjonaliami i stanęli przed wejściem do sanctum sanctorum tej świątyni, czyli przed halą z figurą bogini. Tam spotkał ich zimny prysznic. Służba porządkowa świątyni stanowczo, wręcz niegrzecznie, wyłuskała ich z kolejki i zawróciła sprzed bóstwa. Nie doszło do darśanu. Może kosmos uznał, że nie ma po nich nic dobrego wśród religijnych fanatyków, którzy przez wieki zniewolili ten świat swoją wąską wykładnią wiary.
Kiedy wrócili do swojego pokoju, Janglidas filuternie zapytał: „Jak tam było?” Uśmiechnął się, nie oczekując odpowiedzi, ale gdy mimo wszystko ją usłyszał, powiedział: „Byliście szansą dla mających zamknięte serca mieszkańców Madurai na ich otwarcie. Nie skorzystali”. I dodał: „Jutro nie jedziecie z yatrą do Rameshwaram do jyotirlinga, zostajecie ze mną. Medytujemy cały dzień. Pamiętajcie, że tak naprawdę nie ma dokąd i po co jeździć – świątynie i lingamy to tylko kamienie. Nic więcej niż kamienie”.
Jak mistrz zapowiedział, tak się stało. Cały dzień spędzili na medytacji z nim. Janglidas nie byłby jednak sobą, gdyby nieoczekiwanie nie zmienił planu. Naraz zarządził, że jadą z nim do tej świątyni. Pojechali naprędce zatrzymanymi rikszami. Weszli, jak poprzedniego dnia. „Targowisko”, zauważył głośno Janglidas. Poszli dalej, do sanctum sanctorum. Jak poprzednio, STOP dla białych. Nawet jeśli towarzyszy im sadhu, święty człowiek, i to tak znany w Indiach. Babaji uśmiechnął się do nich i powtórzył: „To tylko kamienie. Wracamy”.
Ten wspaniały skądinąd dzień był okazją nie tylko do medytacji z mistrzem, ale także do krótkiej rozmowy z nim. Krótkiej, bo jak sugeruje: mniej mów, mniej jedz, mniej śpij, więcej medytuj. W czasie tej rozmowy mogli zapytać o Jangli Maharaja, poprzednika Janglidasa, i Akkalkota Swamiego, innego wielkiego mistrza z dziewiętnastego wieku. Babaji odpowiedział rzeczowo, ale potem dodał: „Ostatecznie to nieważne, jak było. I Akkalkot, i inni mistrzowie to był tylko żart”. „Tylko żart tej siły”, zaznaczył i zamilkł. Po krótkiej, kolejnej tego dnia medytacji, wraz z całą yatrą wyruszyli w dalszą drogę, do Mysore.
Mysore – pałac i mistrzowie
Mysore to duże miasto znane między innymi ze swojego najsłynniejszego zabytku, pałacu Radży, dziś turystycznej atrakcji oświetlanej nocą ponad milionem żarówek. Tyle energii zużywa jedna duża dzielnica tego sporego miasta. Janglidas zaprosił grupę do swojego samochodu i zajechali pod ten słynny pałac. Było to jednak przed godziną otwarcia dla zwiedzających. Babaji machnął więc ręką i zawrócili, by zgodnie z jego zasadą o braku ważnych rzeczy na zewnątrz, nie wracać już więcej w to miejsce, nawet w porze wieczornej iluminacji.
Pojechali natomiast do pewnego aśramu, Sri Suttur Math, na przepięknych, dzikich wzgórzach Chamundi Hill. Znaleźli się w przeuroczym, skąpanym w egzotycznej zieleni raju. Jest to miejsce związane z kultem Durgi, od ponad dwudziestu lat zarządzane przez kolejnego sukcesora linii, Jagadguru Sri Deshikendrę Mahaswamingalę. Po krótkim spotkaniu jednego mistrza medytacji z drugim mistrzem adwaity, filozofii niedwoistości, skorzystali jeszcze z okazji, by wraz z Janglidasem zajrzeć do sąsiedniego aśramu, aśramu słynnego avadhuta Nityananda, wyzwolonego mistrza i nauczyciela Swamiego Muktanandy. Następnie wrócili na stację kolejową, z której ich „Omgurudev Express” przez Bangalore zawiózł ich na stację Dharmawaram, jakieś czterdzieści kilometrów od słynnego Puttaparthi, gdzie cała yatra zapowiedziana była na darśan Sathya Sai Baby.
Puttaparthi – spotkanie dwóch mistrzów
Do stacji Dharmawaram dotarli nad ranem i po wyjściu z pociągu zostali przywitani przez przedstawicieli aśramu Sathya Sai Baby oraz przez członków służby bezpieczeństwa aśramu. Z honorami zawieziono ich dwoma samochodami, a resztę uczestników yatry autobusami, do Prashanti Nilayam, aśramu pokoju najwyższego. Jak to się zdarza ostatnio, Sathya Sai Baba darśanu udzielił zza zamkniętych szyb samochodu, którym obwieziono go po placu. Nie było to tak bezpośrednie jak niegdyś, ale jego wzrok pozostał tak samo mocny jak przed laty.
Gdy samochód się zatrzymał, Sathya Sai Baba wysiadł z niego i zasiadł w swoim fotelu, a Janglidas Maharaj usiadł, jak ma to w zwyczaju, w pozycji lotosu na swoim ręczniku na posadzce i zapadł w samadhi. Obaj mistrzowie siedzieli tak obok siebie przez blisko trzy godziny. W tym czasie między innymi studenci college’u w Whitefield wystawili spektakl o mitycznym Prahladzie, a na zakończenie Sathya Sai Baba udekorował głównego aktora zmaterializowanym złotym naszyjnikiem. Wcześniej jeszcze Sai Baba i Janglidas Maharaj spotkali się na krótko w pokoju do prywatnych audiencji, ale o czym była rozmowa, pozostało tajemnicą.
Pełni wrażeń przed północą wyjechali z aśramu w kierunku stacji Dharmawaram. Po drodze zatrzymali się jednak w jakimś domu. Okazało się, że to dom rodziców architekta, który zaprojektował wznoszoną właśnie w aśramie w Kokamtham Złotą Świątynię ku czci Jangli Maharaja. Gdy weszli do tego domu, w obszernym hallu po lewej stronie dostrzegli potężny portret Sathya Sai Baby w złocistych ramach, cały pokryty wibhuti, świętym popiołem. Wrażenie było piorunujące. Gospodarze po krótkim arati, ceremonii światła przed tym portretem, chcieli wszystkich poczęstować tym wibhuti, ale Janglidas zatrzymał ich, mówiąc, że prawdziwy Bhagavan, Pan Najwyższy, jest nie na zdjęciach i obrazach, ale w sercu. Po tej znaczącej lekcji opuścili dom, by wkrótce znaleźć się na stacji.
Powrót i nowa podróż
Przed nimi był już ostatni etap tej pielgrzymki. Byli szczęśliwi i pełni nadziei na porządny wypoczynek. Nie przeczuwali, że po powrocie do Kokamtham-Shirdi Janglidas Maharaj będzie miał dla nich w zanadrzu kolejną niespodziankę. Zaprosił ich na kolejną tygodniową yatrę, też pociągiem, znowu do stanu Andhra Pradesh. W Venkatagiri powstaje właśnie kolejny aśram Babajiego, miejsce, gdzie będą mogli kontynuować swoją duchową praktykę i pogłębiać zrozumienie nauk mistrza.
Ta dwutygodniowa pielgrzymka po świętych miejscach południowych Indii była nie tylko podróżą przez geograficzne punkty na mapie, ale przede wszystkim wędrówką do wnętrza. Każde miejsce, każda świątynia, każde spotkanie przypominało o tym, czego nauczał Janglidas Maharaj – że prawdziwa świątość nie znajduje się w kamieniach ani w zewnętrznych rytuałach, lecz w sercu każdego z nas. Lingamy i bóstwa są jedynie symbolami wskazującymi drogę do tej wewnętrznej rzeczywistości, którą każdy musi odkryć sam w sobie.