Fizyczna nieśmiertelność w tradycji jogicznej
Idea fizycznej nieśmiertelności pozostaje wciąż żywa w duchowych tradycjach Wschodu, szczególnie w kontekście jogicznych praktyk ascetycznych. Śmierci nie ma – możemy przeczytać na stronach duchowych książek lub usłyszeć od nauczycieli duchowych podczas rozlicznych kursów i seminariów. Słowa te są jednak często pozbawione mocy, gdyż przekazują je osoby, które w rzeczywistości powtarzają jedynie duchowe slogany, nie mając tej prawdy w sobie. Co innego, kiedy wypłyną one od prawdziwego Mistrza, ale tych jak na lekarstwo.
Czy istnieje w ogóle fizyczna nieśmiertelność? Oczywiście entuzjaści Indii i rozmaitych praktyk jogicznych odpowiedzą wręcz chórem, że oczywiście istnieje. Przecież Krija Babaji i inni nieśmiertelni jogini żyją w aśramach ukrytych gdzieś w niedostępnych Himalajach, niewidocznych dla zwykłego śmiertelnika. Historii o takich ukrytych miejscach krąży w Indiach bez liku, stanowiąc wręcz żelazny element mitologii tej czy innej linii przekazu. Ile w tych wszystkich historiach prawdy? Prawdopodobnie niewiele, szczególnie po nieco dokładniejszym zbadaniu każdej z nich. Może jednak tych mitów nie należy niszczyć – niech żyją, inspirując wielu do podjęcia jogicznego wysiłku. Nam pozostają pewne, nieliczne fakty, które warto dokładniej przeanalizować. W tym artykule przyjrzymy się kilku najbardziej znanym postaciom indyjskiej tradycji jogicznej, których niezwykła długowieczność i fizyczny stan ciała budzą fascynację do dziś. Są to historie Jnaneswara Maharaja, Devarahy Baby, Tat Wale Baby oraz współczesnego Janglidasa Maharaja.
Jnaneshwar Maharaj – jogin w stanie sanjivan samadhi
W niewielkiej miejscowości Alandi w indyjskim stanie Maharasztra znajduje się świątynia z grobowcem jednego z najbardziej znanych świętych Indii – Jnaneswara Maharaja. Ten młody jogin pojawił się na duchowym niebie Indii niczym meteor i równie szybko zgasł. W czasie swojego dwudziestojedno letniego życia zdążył zapisać się jako ten, który pierwszy przełożył na język marati klasyk duchowy Indii, czyli Bhagawadgitę. Napisał także głęboki niedualistyczny traktat, który w wolnym tłumaczeniu można zatytułować Nektar nieśmiertelności. Skomponował też wiele poematów duchowych i wszystkiego tego dokonał tak naprawdę w ciągu sześciu lat swego trwającego dwadzieścia jeden lat życia, zakończonego w roku 1296.
Ale czy rzeczywiście zakończonego? Młody, a zarazem pod każdym względem zrealizowany duchowo Jnaneshwar w pełni świadomie postanowił, uznawszy swój ziemski pobyt za wypełniony, odejść w wieczność. Na oczach kilku tysięcy ludzi wszedł w stan określany jako samadhi. Samadhi w tym kontekście oznacza zarówno głęboki stan medytacyjny, jak i miejsce, w którym jogin ten stan przyjął. Jnaneshwar zszedł do specjalnie przygotowanej dla niego podziemnej pieczary i zasiadł w niej w pozycji lotosu. Tam wszedł w głęboką medytację, w jaką wchodził już wcześniej w swoim życiu i, zapewne korzystając z pewnych znanych sobie technik jogicznych związanych z zatrzymaniem w ciele prany, osiągnął stan samadhi. Jak się miało okazać po jakimś czasie, był to stan sanjivan samadhi, czyli stan zachowania funkcji życiowych ciała mimo głębokiej medytacji.
W jakieś trzysta lat później szczelnie zapieczętowany przez Nivrittinatha, brata i zarazem guru Jnaneshwara, grobowiec otwarto. Otwarto nie ze zwykłej ciekawości, ale dlatego że ktoś miał wyraźną, wręcz materialną wizję Jnaneshwara proszącego, aby podciąć korzeń rosnącego przy samadhi drzewa, gdyż korzeń ten, rosnąc, próbuje przebić się przez ciało jogina. Faktycznie korzeń już przebijał szyję Jnaneshwara, który, jak wspominali świadkowie, był jak żywy, a jego ciało w ogóle nie zostało dotknięte przez upływ trzystu lat. Grobowiec ponownie zamknięto i tak szczelnie zapieczętowany pozostaje do dziś.
Jak dzisiaj wygląda Jnaneshwar? W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku grupy badaczy otrzymały według krążących relacji zezwolenie na zbadanie pola aktywności biologicznej wokół grobowca. Wyniki te miały rzekomo potwierdzić, że we wnętrzu coś lub ktoś żyje, jednak brak jest twardych dowodów naukowych na potwierdzenie tych badań. Kto jest bardzo wrażliwy energetycznie, sam może spróbować przekonać się o tym, udając się do Alandi, na przykład przy okazji pobytu w Bombaju.
Warto wspomnieć, że Jnaneshwar był jednym z czworga dzieci w tej rodzinie i właściwie każde z nich odeszło z tego świata w sposób niezwykły. Najstarszy z rodzeństwa, a zarazem guru Jnaneshwara, Nivrittinath, również jest podobno w stanie sanjivan samadhi, chociaż jego grobowiec nie jest tak licznie odwiedzany jak młodszego brata. Natomiast jedyna pośród tej czwórki dziewczynka, Muktabai, dosłownie na oczach setek ludzi zdematerializowała się tak, że nie pozostał po niej żaden ślad. Była to bardzo tajemnicza rodzina, niczym rodzina przybyszy z innego wymiaru. Podobno wkrótce badania pola biologicznego wokół grobu Jnaneshwara mają zostać powtórzone, ale czy wyniki zostaną ujawnione? W każdym razie sam słynny Swami Muktananda twierdził, że Jnaneshwar pogrążony jest w głębokim stanie sanjivan samadhi.
Devaraha Baba – zagadka długowieczności
Jednym z najsłynniejszych indyjskich joginów o niezwykle długim życiu był Devaraha, bądź Devaria Baba. Można o nim przeczytać między innymi w bardzo znanej, również w Polsce, książce Swamiego Ramy pod tytułem Żyjąc wśród himalajskich mistrzów, czy w innej pozycji Sai Baba i górski aśram. Devaraha Baba ostatecznie zmarł w 1989 roku, ale już za jego życia mówiono, że musi mieć dobrze ponad sto pięćdziesiąt lat. Inne relacje mówiły o ponad dwustu pięćdziesięciu latach, a wersja najbardziejsza podawała nawet ponad czterysta lat. Trudno dziś z całą pewnością ustalić prawdziwy wiek jogina, jednak liczne świadectwa sugerują, że faktycznie żył znacznie dłużej niż przeciętny człowiek.
Devaraha Baba, który żył i mieszkał w indyjskim stanie Uttar Prasdesh, każdego roku przybywał na kilka miesięcy do himalajskich świątyń w Badrinath i Kedarnath. Były prezydent Indii Rajendra Prasad twierdził, że Devaraha Baba może mieć dobrze ponad sto pięćdziesiąt lat, gdyż jako chłopiec został zabrany przez swego ojca do Devarahy. O tej wizycie prezydent Prasad opowiadał po siedemdziesięciu latach od tego zdarzenia, a już wówczas Devaraha, chociaż wyglądający jak zawsze na około siedemdziesiąt lat, był od dawna i dobrze znany w Indiach.
Jogin na ogół mieszkał na specjalnej drewnianej platformie, podtrzymywanej przez cztery drewniane słupy. Rzadko z niej schodził, gdyż jak stwierdzał, nie chce mieszać swojej energii życiowej z energią innych ludzi. Przybywało ich do niego wielu i Devaraha udzielał im darśanów właśnie z tej swojej drewnianej platformy mieszkalnej. Jadł mało, właściwie prawie wcale. Jeżeli już, to warzywa i owoce. Każdego dnia schodził do pobliskiej rzeki, gdzie praktykował specjalny rodzaj pranajamy, polegający na blisko półgodzinnym przebywaniu pod wodą. Mówił ponadto, że żywioł wody jest mu niezbędny, gdyż płonie w nim tak intensywny ogień, że od czasu do czasu musi go tłumić. Dzięki temu rozpalonemu wewnętrznemu żywiołowi Devaraha mógł miesiącami nie jeść niczego.
W swoim przesłaniu dla przybywających do niego po darśan mówił właściwie tylko o miłości, ale jeżeli w ogóle mówił, to niewiele. Pytany o tajemnicę swojej długowieczności, odpowiadał, że najważniejsza jest pranajama. Devaraha Baba potrafił długimi miesiącami przebywać w stanie kchechari, czyli w stanie, w którym nie odczuwa się potrzeby zewnętrznego zaspokajania głodu. W tradycji jogicznej mówi się, że w tym stanie jogin jest zasilany wewnętrznie przez amritę – ezoteryczną substancję opisywaną jako nektar nieśmiertelności. Amrita nie jest niczym mistycznym w rozumieniu, jakie nadają temu pojęciu duchowi folkloryści, ale jest naturalną biologiczną możliwością każdego człowieka, którą można rozwinąć poprzez odpowiednie praktyki jogiczne.
Krążyły nawet plotki, że Devaraha Baba żył już blisko siedemset lat, ale dzisiaj wydaje się, że były to wyłącznie plotki. Nieco ściślejsze przyjrzenie się historii rodzinnej linii Deveraha pozwoliło odkryć na podstawie zapisków, że członkowie tej linii rodzinnej odbierali darśan jogina już siedem pokoleń wstecz, co pozwoliło oszacować jego wiek na jakieś dwieście pięćdziesiąt lat, a może i więcej. Dzisiaj są to sprawy bardzo trudne do ustalenia z całkowitą pewnością, a wiedza naukowa nadal niewiele może powiedzieć o wyższych stanach jogicznych, będących efektem wieloletnich rygorystycznych praktyk. W stanie kchechari jogin potrafi nie tylko wewnętrznie zaspokajać głód, ale także bardzo precyzyjnie wybrać moment odejścia z tego świata, czy jak kto woli, wejścia w mahasamadhi.
Tat Wale Baba – Adonis Himalajów
Jednym z najbardziej znanych i zadziwiających joginów himalajskich był Tat Wale Baba, znany również z cudownej książki Swamiego Ramy Żyjąc wśród himalajskich mistrzów. Zadziwiający Tat Wale Baba był z różnych względów, a na pewno z powodu swego młodzieńczego wyglądu mimo bardzo zaawansowanego wieku. Mówiono o nim, że żyje już około sto dwadzieścia lat, ale to raczej były tylko pogłoski. Ściślejsze ustalenia pozwoliły dosyć dokładnie określić, że miał około osiemdziesięciu pięciu lat w momencie śmierci, zachowując jednak wygląd mężczyzny znacznie młodszego.
Tat Wale Baba był joginem medytującym, ograniczającym poza medytacją wszelką inną aktywność. Co najwyżej sporo swego jogicznego czasu spędzał na wędrówkach po górach, zamieszkiwał jaskinie nieopodal Riszikesz, pokonując dziennie po kilkanaście kilometrów. Praktycznie nie ćwiczył żadnych asan, nie istniało dla niego nic na zewnątrz. Godzinami tkwił pogrążony w wysokim stanie jogicznym. Jedynie od czasu do czasu schodził z gór do Riszikesz, odpowiadając na ogół na prośbę o spotkanie. Bywał na przykład gościem rezydującego wówczas w Riszikesz Maharishiego Mahesh Yogiego, znanego jako duchowy nauczyciel zespołu The Beatles, który zapraszał go na aśramowe ceremonie. Nie zdarzało się to jednak często.
Tat Wale Baba gdzieś mniej więcej około trzydziestego piątego roku życia, praktykując wcześniej rygorystycznie medytacje, dosłownie przestał się starzeć. Mijały kolejne dziesiątki lat, a Tat Wale ciągle tkwił w tym swoim prawie młodzieńczym wyglądzie. Oczywiście mało jadł, wcale nie spał, ale najprawdopodobniej nie to były przyczyny jego zadziwiającego wyglądu. W stanie głębokiej medytacji i praktyki oddechowej działo się prawdopodobnie coś znacznie głębszego. Najprawdopodobniej ten młodzieńczy jogin, nazywany też Adonisem Himalajów, tkwiłby jeszcze długo w tym stanie ciała niepoddającego się zmianie, gdyby nie tragiczne wyroki przeznaczenia.
W 1974 roku ten będący ucieleśnieniem miłości i łagodności jogin, którego przyjaciółmi były kobry, został po prostu zastrzelony. Został zastrzelony przez człowieka, który nieopodal jaskini Tat Wale Baby prowadził bez większego powodzenia swój maleńki aśram. Zazdrość o popularność Tat Wale Baby i o gości licznie zmierzających ku jogicznej jaskini Adonisa Himalajów były powodem śmiertelnego strzału, oddanego w plecy, gdy Tat Wale Baba o świcie zmierzał ku rzece. Zdjęcie wykonane na cztery dni przed jego śmiercią, czy jak wolą ludzie religijni przed mahasamadhi, pokazuje osiemdziesięciopięcioletniego mężczyznę wyglądającego na znacznie młodszego. Jak widać fizyczna nieśmiertelność, tak czy inaczej, jest bardzo, bardzo trudna do osiągnięcia, szczególnie gdy los sprowadza na drogę jogina ludzką zawiść.
Janglidas Maharaj – współczesna tajemnica
Znany już dobrze z łamów czasopism duchowych Janglidas Maharaj także bez wątpienia należy do kategorii joginów bez wieku. Jego paszportowy wiek to siedemdziesiąt trzy lata, ale jest to tylko wiek wpisany do dokumentów na okoliczność zagranicznego wyjazdu. W Indiach nadal jeszcze bardzo wielu ludzi nie ma metryk urodzenia. Ci, którzy znają dłużej Janglidasa Maharaja, mówią że jego prawie niezmieniony wygląd zewnętrzny utrzymuje się już od dobrych czterdziestu lat.
To są relacje pierwszych duchowych towarzyszy Janglidasa, zwanego Babajim. Mówią oni więcej, opierając się na relacjach osób z Puny i Bombaju, że dokładnie tak samo wyglądającego jogina widywano już na początku ubiegłego wieku. Janglidas nigdy nie odpowiada na pytania o swój wiek, pochodzenie czy rodzinę. Tajemnica pozostaje tajemnicą. Nie jest jednak tajemnicą to, że Babaji jest wielkim ascetą, który każdego dnia przez wiele godzin pogrążony jest w medytacji. Do tego praktycznie prawie wcale nie je, mało śpi, ale przede wszystkim rygorystycznie dba o ciało.
Każdego dnia ćwiczy w sposób naprawdę zdumiewający na poręczach zainstalowanych w jego kutirach, czyli domkach, w jakich zamieszkuje podczas pobytu w swoich aśramach. Janglidas praktykuje jeszcze także specjalny rodzaj pranajamy, polegający na przebywaniu na bezdechu pod wodą. Do tego, jak tylko może, dużo chodzi. Kiedyś, kiedy zaprosił swoich uczniów na nocny spacer, oczywiście boso w stronę Shirdi, powiedział że do niedawna każdej nocy pokonywał bardzo szybkim chodem trzydzieści, czterdzieści kilometrów, co wydaje się wręcz niewiarygodne. Było tak jeszcze cztery, pięć lat temu. Teraz ma już mniej czasu na taką aktywność, gdyż rosnąca rzesza ludzi absorbuje jego czas nawet do północy. Jego tajemnica trwa nadal, a ci, którzy spotykają go osobiście, wciąż są zdumieni jego witalności i młodzieńczym wyglądem.
Historie przedstawione w tym artykule ilustrują fascynujący aspekt tradycji jogicznej związany z możliwością znacznego wydłużenia życia ludzkiego poprzez zaawansowane praktyki ascetyczne. Chociaż wiele z tych opowieści opiera się na relacjach świadków i brakuje twardych dowodów naukowych, stanowią one ważną część duchowego dziedzictwa Indii. Przypadki Jnaneswara Maharaja, Devarahy Baby, Tat Wale Baby i Janglidasa Maharaja pokazują, że poprzez rygorystyczne praktyki medytacyjne, pranajamę i ascetyczny tryb życia możliwe jest osiągnięcie niezwykłych stanów fizjologicznych, które wymykają się współczesnemu rozumieniu biologii człowieka. Czy fizyczna nieśmiertelność jest osiągalna? Pytanie to pozostaje otwarte, ale historie tych niezwykłych joginów na pewno inspirują do głębszej refleksji nad możliwościami ludzkiego ciała i umysłu.