Historia Shantimayi Maty jest opowieścią o niezwykłym poświęceniu, duchowej dyscyplinie i przekraczaniu ludzkich możliwości. To także świadectwo żywej tradycji jogicznej, która w niektórych zakątkach Indii trwa nieprzerwanie od stuleci. W aśramie Janglidasa Maharadża w Kokamthan wydarzyło się coś, co mogłoby się wydawać niemożliwe – kobieta, która przez trzydzieści lat łączyła życie rodzinne z rygorystyczną praktyką medytacyjną, stanęła przed ostateczną próbą zwaną pańczagni, czyli próbą pięciu ogni.
Droga do samadhi
Zaledwie rok wcześniej joginka po raz pierwszy w swoim życiu osiągnęła wysoki medytacyjny stan zwany samadhi. W uznaniu jej blisko trzydziestoletniej praktyki medytacyjnej w rodzinnym mieście Yeola odbyła się symboliczna ceremonia koronacji. To właśnie w Yeoli swoją rygorystyczną jogiczną tapasyę prowadził niegdyś słynny Swami Muktananda. Wielotysięczna społeczność miasta uczciła wielkie jogiczne osiągnięcie jednej z nich, bo wbrew opowieściom rozmaitych teoretyków medytacji jest to naprawdę niezwykłe osiągnięcie.
W przypadku Shantimayi Maty wymagało ono właśnie trzydziestu lat medytacji połączonej z rygorystyczną dietą. Przez te trzydzieści lat joginka prowadziła równocześnie życie rodzinne jako żona i matka kilkorga dzieci. Jadła codziennie mniej więcej jedną garść pokarmu, zazwyczaj ryżu z odrobiną dalu, indyjskiej odmiany soczewicy. Joginka w swoim świeckim życiu nosiła imię Shinde Kamalbai Pundali, natomiast duchowe imię Shantimayi otrzymała od swego mistrza Janglidasa Maharadża właśnie w dniu ceremonii w Yeoli.
Swojego przyszłego mistrza spotkała już jako sześcioletnia dziewczynka w tejże Yeoli, gdzie tajemniczy jogin Janglidas Maharadż prowadził swoją niesamowicie rygorystyczną praktykę medytacyjną. Między innymi przez jedenaście miesięcy medytował w zamurowanym pomieszczeniu, nie przyjmując w tym czasie nawet kropli wody.
Historia ich spotkania i późniejszych wydarzeń jest złożona. W każdym razie jogin przyrzekł nastoletniej wówczas Shantimayi, że otrzyma ona od niego w przyszłości coś naprawdę wielkiego. Do tego czasu powinna jednak, bez względu na wszystko, wieść zwyczajne rodzinne życie, aby wypełniło się jej przeznaczenie. Zwieńczeniem tego normalnego życia wzbogaconego jedynie praktyką medytacyjną było pierwsze samadhi, które trwało około jednej doby. Wydarzyło się ono w aśramie Janglidasa Maharadża w Kokamthan z końcem 2005 roku. Rok później trwało już miesiąc, po czym przyszła pora na największe wyzwanie w jogicznej tradycji stanu Maharasztra – na próbę pańczagni, czyli pięciu ogni.
Próba pańczagni
Zaliczenie tej próby świadczy o faktycznym osiągnięciu bardzo wysokiego stanu medytacyjnego i o zaufaniu Mistrzowi, który prowadzi adeptkę medytacji tą drogą. Jest to próba dla bardzo nielicznych, bardzo rzadko przeprowadzana, przez kilkanaście ostatnich lat nawet oficjalnie zakazywana w stanie Maharasztra, gdyż podczas niej lub w jej następstwie zdarzały się wypadki śmierci. Tak stało się w 1986 roku w przypadku szesnastoletniej Hindu Mata, która łamiąc zakaz dany jej przez Mistrza, przystąpiła do czwartej z kolei takiej próby zakończonej śmiercią. Co prawda młodziutką Hindu Mata szybko okrzyknięto świętą, a jej ciało przez blisko miesiąc nie wykazywało najmniejszych oznak degradacji, zrodził się nawet jej lokalny kult, jednak była to ciągle mała pociecha dla jej bliskich.
Próbę pańczagni przeprowadza się w najgorętszej w Indiach porze, która przypada zazwyczaj na kwiecień i maj. Intensywne słońce i żar pięciu koliście rozłożonych ognisk stanowią, zdawałoby się, barierę nie do pokonania. Przynajmniej dla zwykłego człowieka, który nie mając wytrenowanego przez medytację umysłu i ukształtowanego przez rygorystyczną dietę ciała, umarłby podczas takiej próby.
Przygotowanie
Shantimayi Mata przez czas, jaki dzielił ją od zakończenia miesięcznego samadhi pod koniec stycznia do rozpoczęcia próby pańczagni w kwietniu, była na diecie składającej się wyłącznie ze wspomnianego już ryżu i dalu. Przez kilka ostatnich tygodni przyjmowała już tylko wodę w niewielkiej zresztą ilości, zupełnie przeczącej obiegowym opiniom o konieczności picia przynajmniej kilku litrów płynów dziennie. Taki sposób przygotowania się do próby został sprawdzony na przestrzeni setek lat przez joginów. Ciało musi stać się lekkie, świetliste i wręcz przenikliwe dla wszechobecnej energii pranicznej podtrzymującej przy życiu organizm podczas tej drastycznej próby.
Dwadzieścia jeden dni w ogniu
Obecnie próba jest rozłożona w czasie, w przeciwieństwie do tego, co działo się jeszcze dwadzieścia lat wcześniej. Trwa łącznie dwadzieścia jeden dni, po cztery godziny każdego dnia, przypadające od godziny jedenastej do godziny trzeciej po południu, a więc w porze największego żaru. Krąg pięciu żarzących się ognisk oraz świecące niemiłosiernie słońce stanowią razem żywioł, któremu, jak się wydaje, nikt nie jest w stanie stawić czoła. Do ognia nie sposób zbliżyć się nawet na kilka metrów. Gorąco wręcz odpycha.
Joginka na oczach zebranych na aśramowym dziedzińcu innych joginów i jej Mistrza, jakby nic szczególnego nie miało się wydarzyć, swobodnie wchodzi w krąg gorąca. Siada na swojej medytacyjnej asanie i zastyga w bezruchu. I tak na cztery godziny przez całe trzy tygodnie. Ludzie na zewnątrz kręgu starają się jej towarzyszyć medytując, ale nie wszyscy są w stanie wytrwać cztery godziny. Na zewnątrz panuje ruch, wewnątrz joginka była jakby całkowicie skamieniała. Co jakiś czas ogień jest podtrzymywany przez systematycznie dorzucane polana.
Spektakl trwa, staje się coraz bardziej dramatyczny w miarę upływu czasu. W aśramie zbyt silna jest pamięć o zmarłej w trakcie pańczagni Hindu Mata. To zaledwie pierwszy dzień, przed nią jeszcze dni dwadzieścia. Każdy równie dramatyczny jak pierwszy. Mimo że obserwujący stopniowo oswajają się z dramatem, starają się jednak towarzyszyć jogince i wspierać ją swoją medytacją. Współtworzą specjalne pole ochronne dla niej. Są w aśramie nie bez przyczyny – jawnie i niejawnie zostali przywołani do aśramu, żeby to pole ochronne podtrzymywać. Nikomu z obecnych pierwszego dnia nie wolno opuszczać aśramu aż do upłynięcia dwudziestu jeden dni. I chociaż Shantimayi Mata jest bohaterką tej próby, w pewnym sensie przechodzą ją wszyscy obecni w Kokamthan.
Jogiczne pole mocy
Kokamthan jest odległe o zaledwie siedem kilometrów od Shirdi, jednego z największych i najpopularniejszych indyjskich centrów pielgrzymkowych, miejsca działalności przez pięćdziesiąt lat słynnego Sai Baby. Cały ten obszar stanowi jedno jogiczne pole mocy. To właśnie w tym rejonie żyli i praktykowali najpotężniejsi jogini Indii. Powietrze tam jest ciągle przesycone starożytną tradycją ascetów i avadhutów, chociaż, niestety, zaczyna mieszać się coraz intensywniej z taniutkim zapachem bollywoodzkiej popkultury i światowej tandety, czego symbolem jest w Shirdi tematyczny Jurassic Park z tandetnymi imitacjami dinozaurów.
Aśram Janglidasa Maharadża jest jednak odmienny od licznych w Indiach duchowych „disneylandów” nastawionych na duchową turystykę pod hasłem „pobyt w słynnym hinduskim aśramie”. To miejsce jakby spoza czasu i przestrzeni, przestrzeń dla specjalnie zaproszonych, na pewno nie dla poszukiwaczy łatwych łask i zbieraczy dewocjonaliów. Tutaj na pierwszym planie nie są Kryszna, Siwa czy Ganeśa, lecz ludzki umysł, który ma pozbyć się krępujących go uwarunkowań w postaci rozmaitych wierzeń, przesądów, poglądów i społecznych programów nieustannie zniewalających umysł. Taki umysł nie jest w stanie odbierać rzeczywistości, dlatego w Kokamthan nazywają ją rzeczywistością atmiczną, chociaż równie dobrze można ją nazwać Życiem. Żeby samemu doświadczyć tej rzeczywistości, trzeba najpierw opanować rozwichrzony umysł, który ciągle pędzi przed siebie w nadziei dotarcia do jakiegoś iluzorycznego celu.
Zwycięstwo
Trzy tygodnie dla obserwujących mijają bardzo szybko, ale dla joginki, jak się okazało, również. Po blisko osiemdziesięciu godzinach w żarze jej ciało tylko nieznacznie poszarzało, a właściwie tylko skóra twarzy. Nie zbrązowiała, nie odbarwiła się znacząco, tylko poszarzała, spłowiała. Joginka powiedziała po wszystkim, że w tym piekielnym kręgu czuła się niczym w klimatyzowanym pomieszczeniu. Zdarzały się chwile, że wręcz odczuwała chłód. Zarazem czuła stałą obecność jakiegoś szczególnego pola, które ją otaczało i było bardzo silne.
Ta zwycięsko zakończona jogiczna próba bardzo wzmocniła Shantimayi Matę. Jest teraz prawdziwie pięknie pachnącym kwiatem w jogicznym ogrodzie swego Mistrza. Stała się w pewnym sensie teraz jego prawą ręką, przygotowując do tej próby kolejnych. Na razie Hindusów, chociaż może w przyszłości, i to nieodległej, zajmie się przygotowaniem ludzi z Zachodu. Niektórzy z nich już zostali przyjęci do medytacyjnej szkoły Janglidasa Maharadża. Są już nawet po pierwszym poważnym egzaminie. Może zostaną przyjęci do następnej klasy w tej szkole, której nazwa brzmi: Nieskończoność.