ARTYKUŁY



Nie jeść, żeby być....


      Kiedy w roku 2003 po raz kolejny dotarłem do aszramu Sathya Sai Baby w Puttaparthi bylem świeżo, czwarty miesiąc po tzw. 21-dniowym procesie breathariańskim. Nadal nie jadłem, tylko popijałem co kilka dni, na ogół czarną kawę. Jako tzw. niejedzący dosyć szybko wywołałem malutką lokalna sensację, co zaowocowało tym, że min. musiałem odpowiadać na liczne pytania zainteresowanych ewentualnym życiem bez jedzenia. W konsekwencji tego zainteresowania zostałem skontaktowany z pewnym indyjskim lekarzem ajurwedyjskim, który kilka lat wcześniej na wezwanie Sai Baby zostawił swoją, podobno dobrze prosperująca praktykę lekarską w Bombaju i wraz z całą rodziną przeniósł się stanu Andhra Pradesz. Lekarz ten zaprosił mnie do swojej małej kliniki w Puttaparthi na rozmowę. Zbadał mnie nawet na tyle, na ile pozwalało skromne wyposażenie jego gabinetu i wyraźnie był zainteresowany przebiegiem przejścia w stan niejedzenia. Ale, co dziwne, nie był tym zainteresowany tyle ze strony medycznej, co raczej, nazwałbym to, mistycznej. Po prostu nie bardzo mieściło mu się w głowie, że zwykły człowiek, do tego nie Hindus, może zrobić coś takiego. Ostatecznie nasze spotkanie zakończyło się, wypisaniem mi skierowania na bardziej szczegółowe badania do jednego ze, skądinąd bardzo nowoczesnych szpitali w Bangalore oraz refleksją, a właściwie reprymendą, żebym natychmiast zaniechał tego rodzaju eksperymentów na sobie, gdyż w stanie niejedzenia może znajdować się tylko Awatar, czyli Sathya Sai Baba. Uznawszy, że mam do czynienia bardziej z wyznawcą, niż lekarzem, skorzystałem jednak ze skierowania na badania, które potwierdziły tylko moje ogólnie dobre samopoczucie. Zadziwiło mnie jedynie to, że nawet pozornie niezłe wykształceni ludzie, skupieni wokół Sai Baby wykazują tak mało zrozumienia dla fenomenu niejedzenia, z jakiego słyną przecież jogiczne Indie.

      Musiał minąć jeszcze jeden rok, nim trafiłem do tych prawdziwie jogicznych Indii. Podczas mojego pierwszego pobytu u Janglidasa Maharaja w 2004 roku miałem okazję dotrzeć do jednej z joginek związanych od lat ze swoim mistrzem, nazywanym też Babajim, bądź Omgurudevem. Była to Bharat Mata, mieszkająca w swoim niewielkim kutirze w wyżynnym rejonie, nieopodal miejscowości Nerla w stanie Maharasztra. Ta, wówczas ponad czterdziestoletnia kobieta znajdowała się akurat w siódmym miesiącu swojego postu zarówno bez jedzenia jak i picia. A także polegającego na zachowaniu milczenia. Joginka ta właściwie przez cały ten czas prawie siedmiu miesięcy medytowała za wyjątkiem krótkich przerw na pewne czynności gospodarskie oraz na wizyty nielicznych gości. Jak np. w przypadku naszej małej grupki, którą mimo swojego ścisłego postu podjęła własnoręcznie przyrządzonym posiłkiem. Jak mogłem się dowiedzieć, nie był to wcale pierwszy tak długi post w jej życiu. Wcześniej przeszła takich już kilka, chociaż ten akurat był najdłuższy. Zakończyła go zresztą dokładnie po siedmiu miesiącach, w momencie ponownego spotkania ze swoim mistrzem duchowym. Później dowiedziałem się, że tego rodzaju ascetyczne wyrzeczenie, czyli tzw. tapasyę, podejmowało wielu innych joginów i joginek z kręgu najbliższych uczniów Babajiego. Przyznaję, że ich przykład był dla mnie bardzo, ale to bardzo inspirujący, zważywszy, że ja sam już od wielu miesięcy żyłem normalnym życiem normalnie jedzącego człowieka. Dopiero tutaj odzyskałem wiarę w prawdziwie magiczne jogiczne Indie, bardzo odległe od tego wszystkiego, co można spotkać w duchowych disneylandach Sathya Sai Baby, Art of Living, bądź Ammy. Sam Janglidas Maharaj jest zresztą joginem, który sam wielokrotnie przechodził takie skrajne posty, bez jedzenia i picia, trwające przez wiele miesięcy. Np. w 1967 roku przeszedł taki post w miejscowości Yeola, znanej z tego, że medytował tutaj długo Swami Muktananda. Jego tapasya trwała aż jedenaście miesięcy, który to czas spędził w ściśle zamkniętym od zewnątrz pomieszczeniu. Do tego cały ten okres swojej tapasji Janglidas spędził z własnoręcznie zszytymi przez siebie nicią wargami, żeby w najmniejszym stopniu nie być narażonym na sięgnięcie np. po wodę, którą ktoś życzliwy mógł zechcieć podać mu z zewnątrz. Z tej jedenastomięsięcznej głodówki wyprowadził tego wówczas młodego jogina na światło dzienne sam Swami Muktananda. W późniejszych latach takich prób ten ascetyczny jogin podejmował zresztą jeszcze kilka.

      W samych Indiach, podobnie zresztą jak na Zachodzie, może z wyjątkiem Niemiec trudno także odnaleźć zrozumienie dla idei niejedzenia , bretaharianizmu, czy tzw. inedii. Przeciętny Hindus wie, z całkowitą pewnością, że, by żyć, trzeba jeść. I to raczej więcej, niż mniej. Jeść, jeść i co najwyżej nieco pościć ku zadowoleniu wyznawanego przez siebie bóstwa. Przykładem może tu być kult Hare Kryszna, którego jednym z aspektów wielbienia Boga, w tym przypadku Kryszny, jest spożywanie poświęconych temu bóstwu pokarmów. I to w obfitości. Widać to zresztą wyraźnie nawet w miejscach duchowego rozwoju, czyli aszramach, gdzie w przeciwieństwie do sal medytacyjnych sale jadłodajni są zawsze szczelnie wypełnione.

      Niejedzenie, to idea, która na Zachodzie zagościła na dobre jakieś dwadzieścia lat temu. Owszem niejedzący istnieli od dawna, słyszano o nich, ale ta ich możliwość przypisywana była Bóg jeden raczy wiedzieć jakim mocom, nazwijmy je, mistycznym. Np. jak było to z Teresą Neumann z Niemiec, zmarłą w 1962 stygmatyczką. Jak idea niejedzenia trafiła na Zachód właściwie nie wiadomo, może była skutkiem silnej mody na wschodnią duchowość, joginów indyjskich i tybetańskich, jacy mieli zamieszkiwać himalajskie jaskinie i tajemnicze górskie klasztory. Ze Stanów Zjednoczonych, gdzie jednym z jej apologetów był niejaki Wiley Brooks, który próbując nauczać innych niejedzenia jako niejedzący, skompromitował się pewnymi swoimi zachowaniami, będąc dzisiaj kimś bardzo mało wiarygodnym. Na dobre idea rozprzestrzeniła się na Zachodzie dzięki pewnej Australijce, nazywającej się Ellen Greve, ale bardziej znanej jako Jasmuheen. Ta bardzo ambitna kobieta, w typie biznes-woman zapragnęła zostać światową ambasadorką Światła, które uchodzi za symbol odżywiającej energii. Trzeba jej oddać sprawiedliwość, że mimo całego dosyć tandetnego wizerunku jaki sobie stworzyła, to przyczyniła się do mocnego spopularyzowania idei breatharianizmu, czyli życia oddechem i praną. Niestety, sama idea niejedzenia, to dla Jasmuheeh było za mało, gdyż sama ta idea nie przyciągała na prowadzone przez nią kursy i seminaria zadowalającej liczby słuchaczy. Szybko więc Jasmuheen stała się specjalistką od kontaktów z „mistrzami wniebowziętymi”, mistrzynią poruszania się między wymiarami, znawczynią częstotliwości i wibracji Wszechświata i różnych takich newageowych mumbo-jumbo. Można o tym przeczytać w licznych napisanych przez nią książkach, które są przepełnione taka spirytualną watą. Jasmuheen miała zresztą takie parcie na popularność, że przystała na udział w telewizyjnym show, jakie na początku lat 90-tych przygotowała jedna z australijskich stacji. Najsłynniejsza wówczas w świecie „niejedząca” miała poddać się zamknięciu, kontroli i filmowaniu w jednym z hoteli w Brisbane, udowadniając widzom w całej Australii, że życie bez jedzenia jest możliwe. Niestety, czwartego dnia eksperyment przerwano, gdyż Jasmuheen czuła się marnie i była mocno odwodniona. Później powoływała się na zbyt silny stres, presję i zanieczyszczone powietrze w Brisbane, ale, jakikolwiek było naprawdę, propagowana przez nią usilnie idea breatharianizmu została skompromitowana. Ale sama Jasmuhhen szybko pozbierała się tej wpadce i dalej nauczała, jeżdżąc ze swoimi wykładami, książkami i filmami po całym świecie, gdyż świat lat 90-tych to nie był jeszcze świat internetu, gdzie informacje np. w wpadce w Brisbane mogłyby rozprzestrzenić się natychmiast. Trzeba jednak przyznać, że Jasmuheen przez swojej wykłady ciągle inspiruje do idei życia bez jedzenia tysiące ludzi na całym świecie, chociaż sama niejedzącą raczej nie jest.

      Tak stało się też blisko dziesięć lat temu w Polsce. Tego rodzaju tematyka, to wówczas była niesamowita nowość i nic dziwnego, że seminarium Jasmuheen uwiodło wielu uczestników. Do tego stopnia, że niektórzy z nich prawie natychmiast zapragnęli zostać takimi polskimi mistycznymi klonami słynnej Australijki. Zapragnęli sami stać się nauczycielami breatharianizmu na kosztownych kursach, a także zapragnęli pochwalić się przed światem swoimi świeżo odkrytymi mocami mistycznymi, jak np. zdolność kontaktowania się z aniołami, kosmitami, zmarłymi, a nawet takimi cudownymi talentami jak zdolność materializacji własnego ciała/przynajmniej od pasa w dół/, czy zdolność do poczęcia dzieci indygo i dzieci kryształowych. Cóż był to okres swoistego folkloru duchowego, chociaż w tym czasie pojawił się w Polsce Joachim Werdin, filar zdroworozsądkowego podejścia do idei breathariańskiej . Dzięki jego niekomercyjnym seminariom/sam stał się na jakiś czas breatharianinem/ zainteresowani mogli otrzymywać solidną porcję informacji związanych z tym procesem. Ten prekursor inedii w Polsce zapraszał również do Polski niejedzących ze świata. Gośćmi była m. in. popularna brazylijsko-amerykańska para niejedzących - Evelyn Levy i Steve Torrence. Pojawiła się wówczas w Polsce wracająca z Londynu, gdzie kilka lat wcześniej przeszła 21-dniowy proces breathariański nie będąca już nastolatką sympatyczna Kamila. Nie prowadziła żadnych kursów, ale podczas spotkań z nią można było przekonać się że bratharianizm to prawda. Imponujące było jej warszawskie mieszkanko, w którym kuchnia została zredukowana do jednej szafki, w której znajdowała się zastawa, cukier, kawa i herbata dla gości. I to było wszystko, niczego ponadto. Jednak co nagle zapłonęło równie szybko zgasło. Idea niejedzenia została szybko w Polsce zapomniana. Nie stała się moda, w mediach została wykpiona - rozmaite prasowe tekściki o„promyczku na talerz”, czy anorektyczne alarmy plus infantylne programy telewizyjne szybko tę ideę pogrzebały, zwłaszcza, że polscy bohaterowie tych publikacji często okazywali się osobami mało wiarygodnymi.

      W przeciwieństwie do tego, co stało się w Polsce, na Zachodzie idea ta przetrwała i ma się dobrze. Np. szacuje się, że w Niemczech jest już około dwa tysiące osób, które weszły w stan niejedzenia i utrzymał się w nim jakiś czas, bądź utrzymują nadal. Breatharianie w Niemczech nie czują już społecznej negatywnej presji, a raczej życzliwe zainteresowanie, zwłaszcza, że do grona niejedzących dołączają coraz to nowe osoby, a niektóre z nich, z racji swego wykształcenia i wykonywanego zawodu uwiarygodniają tę ideę, pisząc książki i pojawiając się w mediach. Jedną z takich osób jest dr Christopher Schneider, lekarz naturopata, breatharianin od kilku lat. Inna postacią jest szwajcarski naukowiec dr Michael Werner, który od 2001 roku jest niejedzącym, chociaż pije codziennie 1-2 kawy, po to, żeby nie czuć się wyobcowanym we własnej rodzinie. Dr. Werner jest wysokiego szczebla menedżerem w firmie farmaceutycznej. Mając wykształcenie medyczne, poddaje się regularnie rozmaitym badaniom pokazującym, że stan niejedzenia nie ma żadnego negatywnego wpływu na jego zdrowie i formę. Wręcz przeciwnie, przybywa mu coraz więcej wigoru i młodnieje w sposób obiektywny, będąc dzisiaj człowiekiem ponad 60-letnim. Jest też autorem popularnej książki, nie wydanej w Polsce, pt ang. Live on Light, w której na własnym przykładzie starał się opisać fizjologię breatharianizmu. Ta książka jest znana i ceniona na świecie, gdyż jej autor zupełnie zdystansował się od wszelakiego duchowego folkloru.

Michael Werner

Genesis Sunfire

      Jednak chyba najjaśniejszym światłem na firmamencie zachodniego breatharianizmu jest dzisiaj ciemnoskóry/ z rodziny indyjsko-latynoskiej/, były gracz amatorskiej reprezentacji Anglii w rugby, Genesis Sunfire. Breatharianinem został po dziesięciu latach frutarianizmu. I wbrew obiegowym wyobrażeniom o frutarianach i breatharianach, jest silnym, dynamicznym człowiekiem, zawodowo realizując się jako trener fitness. Też należy do grupy zdroworozsądkowych breatharian, zdecydowanie nie trzymającym z anielskim towarzystwem Ponieważ jego doświadczenia, które doprowadziły go do breatharianizmu trwały kilkanaście lat, jest on znakomitym źródłem praktycznych wskazówek umożliwiających innym wejście na drogę niejedzenia. Takich interesujących postaci jest znacznie więcej jak np. argentyński były skrzypek i wykładowca w konserwatorium muzycznym, Victor Truviano. Nie je on i nie pije od kilku lat. W tym czasie przeszedł wręcz silną transformację fizyczną, z całkowitą wymianą garnituru zębów na trzeci, włącznie. Innym znakomitym przykładem jest młody Brazylijczyk, Oberom Silva, zawodowo będący instruktorem hatha jogi. Akurat tu wymienionych można poznać dzięki popularyzującej ideę niejedzenia Supreme Master TV, czyli telewizji należącej do tajwańskiej mistrzyni buddyzmu, Ching Chai. Programy o w/w i kilku innych można znaleźć na You Tube. Ich oglądanie to znakomita, inspirująca uczta. Ale jest wielu innych o których można by pisać ale chyba ważniejsze jest poznanie samej tajemnicy procesu niejedzenia i fizjologia niejedzących. O tym następnym razem oraz więcej o indyjskich niejedzących.

Oberom Silva

Victor Truviano

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze nr 11/2011