ARTYKUŁY



Dziurawe szatki z duchowego secondhandu...


      Ten rok w Indiach zdążył już zaowocować serią głośnych, a nawet bardzo głośnych skandali, których bohaterami w przeciwieństwie do hinduskich polityków stali się tym razem popularni guru zarządzającymi swoimi wartymi setki milionów rupii imperiami. Guru skandaliści na przemian z politykami to zresztą indyjska wersja Mody na sukces, bez widoku na zakończenie serialu. Może dopiero wówczas, gdy znacząco wzrośnie poziom wyedukowania indyjskiego społeczeństwa.

       Zaczęło się od spektakularnej wpadki młodego guru, Paramahamsy Nityanandy, mieniącego się być spadkobiercą poważnych duchowych tradycji, a także wyrzeczonym sanjasinnem, wiodącym proste, wręcz ascetyczne życie. Ten skądinąd charyzmatyczny i wyglądający niczym gwiazda Bollywood guru zdołał w ciągu około dekady swojej działalności stworzyć dobrze prosperujący biznes, na który składały się liczne aszramy rozmaite biznesowe trusty, a przede wszystkim setki tzw. wyznawców nie tylko z Indii, ale też z Zachodu. Ponieważ każdy guru musi mieć tzw. produkt, który będzie sprzedawał w formie kursów, seminariów, płyt, więc Nityananda też wymyślił sobie coś, co nazwał medytacją dynamiczną produkt sprzedawany z dużym przebiciem zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych.

      Nieodzownym elementem skuteczności tejże medytacji miał być w miarę prosty, nawet ascetyczny styl życia, którego, oczywiście najlepszym przykładem miał być sam guru. Niestety, guru zawiódł, ktoś życzliwy nakręcił ukrytą kamerką film z igraszek mistrza w jego aszramowym apartamencie, którego głównym wyposażeniem było wygodne łoże i telewizor, zastępujący ołtarz z jakimś dziwacznym bóstwem. Pojawił się też wkrótce w Sieci inny film z igraszek mistrza podczas pobytu w Malezji . Bohaterkami tych nagrań były obok mistrza urodziwe aktorki, jedna z nich była gwiazdą kina tamilskiego. Jak tylko skandal ujrzał światło dzienne jego wielbiciele i sympatycy, z cała pewnością traktujący życie zbyt serio, wtargnęli do jego aszramów dokonując zniszczeń i podpaleń. Sam Mistrz na jakiś czas zniknął z oczu, wiedząc, że wszczęte zostało przeciw niemu dochodzenie. Ale wkrótce został namierzony – nieostrożnie używał swojej komórki, i trafił do aresztu, między innymi pod zarzutem obrazy uczuć religijnych i nielegalnych operacji finansowych. Oczywiście, żeby nie wypaść na stałe z guru-biznesu, mistrz zapowiedział swój powrót, poprzedzony rygorystyczną tapasyą/pokutą/, podczas której zapewne pozbędzie się telewizora......

Paramahams Nityananda

      Następnym, który doczekał się interwencji policyjnej był, także w marcu, bardzo popularny w Indiach i poza granicami, Swami Kaleshwar, rzekomo prowadzony przez samego Shirdi Babę/oczywiście, rzecz nie do udowodnienia/, słynący ze szczególnie kosztownych kursów o rozmaitych stopniach kosztowności. To również specjalista od pudż, zwłaszcza pudż w intencji w zamożnych klientów, a także niezły specjalista od tzw. materializacji. Materializuje zresztą w Indiach wielu guru. Z ogromnym rozbawieniem przeczytałem niedawno relację w jednej z czołowych gazet indyjskich z kursu prowadzonego przez pewnego iluzjonistę. Na tym dosyć szybkim kursie uczono się tylko wspomnianych materializacji. Mimo wysokiej ceny kurs miał wysoką frekwencję, a zapewnili ją, no...właśnie kto? Guru! Równie zabawna była informacji, że materializacji tzw. wibhuti, czyli proszku, można już jako tako nauczyć się w ciągu dwóch godzin. Nieco więcej czasu zajmuje natomiast przygotowanie specjalnej mieszanki ziołowej, z której później uzyskuje się cudowny, boski proszek. Wracając do Kaleshwara, ten z kolei spotkał się z zarzutem m. in. defraudacji funduszy zbieranych na zbożne cele, jak np. pomoc biednym, ujęcia wody pitnej itd. Tak to już jakoś w Indiach, i nie tylko, wygląda, że z wielkich projektów charytatywnych, pod szyldem których przez lata gromadzi się ze zbiórek publicznych ogromne pieniądze, niewiele wynika. Czasami urządza się , obowiązkowo z udziałem prasy, telewizji, masowe spektakle w rodzaju rozdawania ubrań i żywności dla biednych, jakiś prostych maszyn, czy nawet motoryksz, ale koszt tych darowizn, to zaledwie marny ułamek funduszy, które wcześniej zgromadzono. W ogóle, żeby rozwijać swoje imperia guru już dawno nauczyli się tego, że trzeba dobrze żyć z mediami. Najlepiej mieć swój dział dział prasowy, czy PR. Dział taki dba o to, żeby np, w sytuacji katastrofy czy jakiegoś spektakularnego kataklizmu cały świat mógł dowiedzieć się, że ten a ten to guru modli się, myśli o ofiarach i w ogóle błogosławi wszystkich, którzy jeszcze żyją Zabieg ten, znany z działalności rozmaitych kościołów jest bardzo skuteczny szczególnie teraz w dobie internetu. Jeszcze lepiej jest mieć swoje radio, a zwłaszcza telewizję.

Swami Kaleshwar

"

      Jeśli dobrze przyjrzeć się kolumnom ogłoszeniowym gazet hinduskich, to od czasu do czasu można znaleźć właśnie ofertę kursu materializowania, kursu,oczywiście prowadzonego przez zawodowego iluzjonistę, czy hipnotyzera Spotkałem nawet ofertę nauki materializowania tzw. lingamów, zarówno z dłoni jak i z ust. Kto wie, czy nie skorzystam, skoro popyt na cuda jest ciągle wielki. A swoją drogą z ogromnym rozbawieniem oglądam czasami u polskich adeptów indyjskich cudowności lingamy, jakie rzekomo otrzymali od swoich mistrzów. Takie tzw. lingamy w Indiach można znaleźć na prawie każdym większym przyświątynnym targowisku. Od koloru do wyboru. Ze szlachetnych i półszlachetnych kamieni. Jak kogo stać może sobie kupić nawet lingam ze złota.

      Kolejny wielki skandal, jaki obiegł ostatnio Indie i świat, to skandal związany z tzw. Kalki Bhagavanem , jego żoną Ammą, i stworzoną przez nich organizacją. Reporeterom nadającej w języku telugu lokalnej stacji udało się ostatnio nagrać i wyemitować zapis tzw. darszanu, podczas którego poddani wcześniej działaniu halucynogenów ludzie po błogosławieństwie udzielonym przez te parę zwana też Amma Bhagavan mają rzekomo znaleźć się w stanie boskiej ekstazy wywołanej boska energią tychże dwojga. Ten tandetny a zarazem nieco przerażający spektakl w relacji telewizyjnej stał się dowodem tego, o czym od dawna w Indiach mówiono: przepotężnej manipulacji, malwersacji i zwykłym oszustwie uprawianych przez dostojną boską parę i stworzoną przez nich organizację. W telewizyjnej relacji pojawiły się także zarzuty o molestowanie seksualne przez boskiego Ojca w stosunku do odurzonych jego boską energią młodych kobiet. Wspomniani Amma Bhagavan mają na drodze tzw. deekszy “wyprodukować” do roku 2012 ponad 60 tysięcy oświeconych, którzy przetransformują i ocalą ten nieszczęsny skorumpowany świat. Koszt deekszy to tylko kilka tysięcy rupii. Ale w cenniku są pozycje znacznie wyżej wycenione, jak np. osobiste darszany i rytuały homma wycenione już na rupii kilkadziesiąt tysięcy od osoby. Syn boskiej para awatarów zarządza dzisiaj ogromnym biznesem zarządzania i handlu nieruchomościami, co jasno wskazuje, że nawet w boskiej misji potrzebne są spore pieniądze. I raczej nie zmieni się po zmasowanej akcji „oświeconych”, w roku 2012. Naiwnych nie sieją.......

Kalki Bhagavan i jego żona Amma

"

      A trzeba pamiętać, że w Indiach jest jeszcze wielu, którzy swoje wpadki zaliczyli wcześniej i trafili już do więzienia. Też byli tzw. avatarami, materializującymi lingamy i wibhuti i wygłaszającymi cudowne mowy o miłości. Inni ciągle tam nie trafili gdyż nadal są zbyt potężni i wspierani przez wpływowych polityków. A wiadomo, że w Indiach jeśli chodzi o skalę korupcji mogą rywalizować tylko dwa światy:polityki i tzw. duchowości.

      Niestety, ten indyjski model duchowości jest przenoszony coraz częściej na Zachód. Guru, którzy chcą dorobić się prawdziwych, czyli zachodnich pieniędzy i swój start od razu zaczynają na Zachodzie. Wystarczy, że swoim wizerunkiem zaspokoją dominujące wyobrażenie o tym, jak hinduski guru powinien wyglądać: długie szaty, długie włosy, piękny uśmiech dla każdego, wskazana umiejętność śpiewu i gry na instrumencie i ogólna bystrość, wsparta jakąś umiejętnością nie tak już powszechną: np. umiejętnością materializowania., oczywiście wyuczoną wcześniej. Dobrze jest tez przybyć na Zachód ze swoim osobistym mitem: że jesteśmy dzieckiem znalezionym w łódeczce lub na liściu nad brzegiem rzeki przez jakiegoś tajemniczego jogina , mędrca lub kobrę. Chociaż w tym przypadku ktoś mógłby okazać się zbyt dociekliwy we wnikaniu w szczegóły, więc lepiej powołać się na postaci wirtualne: będzie to albo nieśmiertelny Krija Babaji, riszi z niewidzialnego himalajskiego aszramu, sam Sziwa, Chrystus Kosmiczny, św. Panataleon czy inny cudowny gość, którego tak czy inaczej trudno będzie zidentyfikować. A jako że ludzie Zachodu są równie naiwni i infantylni jak religijni Hindusi, jadąc na takim micie, można zajechać nawet całkiem daleko. Trzeba tylko uważać, żeby za szybko nie odsłonić się ze swoimi pokusami, pożądaniem, intencjami. Zwłaszcza seksualnymi. Przecież naprawdę solidny biznes na ogół buduje się powoli. Ale to trudne do zrozumienia, kiedy wyszło się z biedy i nosi się ciągle na grzbiecie dziurawe szaty kupione na wyprzedaży w duchowym sklepiku.

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze,