|
|
ARTYKUŁY
Autobiografia...bhogina
„Rozmówca:Ostateczny cel zwykłych ludzi jest taki sam, jak zwykłych joginów. To, co jogini osiągają
na drodze wyrzeczenia/tjaga/, pospolity człowiek zdobywa dzięki doświadczeniu/bhoga/. Droga bhogi jest nieświadoma, dlatego kręta i
powolna. Natomiast droga jogi może być szybsza dzięki rozwadze i determinacji
Maharaj:A może okresy jogi i bhogi przeplatają się? Najpierw jest bhogin, potem jogin, z kolei znowu bhogin
i jeszcze raz jogin
R:Jaki w tym byłby cel ?
M: Słabe pożądania można usunąć poprzez introspekcję, ale silne i głęboko zakorzenione muszą się
dopełnić, zaś owoców ich trzeba zakosztować.
R: Czemu więc szanujemy joginów, a lekceważymy bhoginów. Na swój sposób wszyscy są joginami.
M: Według ludzkiej skali wartości rozważny wysiłek zasługuje na szacunek. W rzeczywistości
jogini i bhogini postępują zgodnie ze swą naturą, stosownie do warunków i okoliczności. Życie jogina jest podporządkowane jednemu celowi:
znalezieniu Prawdy.Bhogin służy wielu panom. Ale może on stać się joginem, zaś ten ostatni powrócić do bhogi.”
/z Rozmów z mędrcem, Nisargadattą Maharajem/
Słynna Autobiografia jogina, Paramahamsy Joganandy, która po raz pierwszy ukazała się w Stanach Zjednoczonych
w roku 1946 w ciągu blisko 60 lat ukazała się na całym świecie w milionach egzemplarzy. I prawdopodobnie poniekąd dzięki niej miliony jej
czytelników skierowane zostały na drogę duchowych poszukiwań. Poszukiwań, na ogół, bezowocnych, często długotrwałych, najczęściej rozczarowujących.
W Indiach wielokrotnie spotykałem adeptów duchowości, którzy powoływali się na tę książkę. Wśród nich wielu było zwyczajnych hochsztaplerów
twierdzących, że są w nieustannym kontakcie z Krija Babajim lub Lahiri Mahasją, kluczowymi postaciami z Autobiografii. Jeden z nich, kierowany
przez jogina Mahasję, guru guru Joganandy, trafił do pracy w szkole dla chłopców prowadzonej w jednych z aszramów. Szybko okazało sie, że
trafił tam, żeby zaspokajać swoje nie najzdrowsze skłonności seksualne....Nie tylko zresztą on...

Z radością zawsze przypominam słowa prawdziwego Sziwy-niszczyciela duchowości, czyli
UG/Krishnamurthy,ego/;„O ile biografie są kłamstwem, to autobiografie są kłamstwem do kwadratu!”. Tu akurat zajmujemy sie tzw. duchowością,
ale to stwierdzenie dotyczy z całą pewnością wszelkiej maści autobiografii. Natomiast jeśli już chodzi o o duchowość, to wystarczy
chociażby wspomnieć biografię Swamiego Muktanandy, czy Swamiego Ramy. Pięknie napisane, nawet inspirujące, ale cóż z tego, skoro mocno
odbiegały od prawdziwego życia tych dwóch popularnych joginów, zakończonego zresztą w jednym jak i drugim przypadku w niesławie.
Cóż, Swami Jogananda, autobiografię, napisał już po wielu latach bytności w Stanach Zjednoczonych.
Pisząc ją, ten popularny w Ameryce jogin, dobrze już wiedział czego potrzebuje amerykańska publika - potrzebuje przede wszystkim cudownych
opowieści o joginach, nieśmiertelnych z Himalajów i rożnych takich historii. Nie tyle potrzebuje głębszej duchowości podbudowanej intensywna
praktyką, co chce, nawet łaknie, cudowności. Więc napisał autobiografię wręcz na społeczne zapotrzebowanie. Napisał historię o tajemniczych
i cudownych Indiach, o spotkaniu z wielkimi, fantastycznymi joginami, o swoim Mistrzu, o mistrzu Mistrza, i o Mistrzu nad Mistrzami, czyli
o nieśmiertelnym Babajim. Historie te, skądinąd pięknie i ze sporym talentem napisane szybko zaczęły żyć własnym życiem. Podobnie jak historie
o Szambali, Agharcie etc. Pierwszy krok ku spopularyzowaniu indyjskiej duchowości w Ameryce zrobił słynny Swami Vivekananda, który na
Światowym Parlamencie Religii w Chicago wygłosił żarliwą mowę o hinduizmie. Niestety, Vivekananda, uchodzący za mędrca i oświeconego,
kimś takim nie był. Był przede wszystkim żarliwym przedstawicielem hinduizmu, a właściwie tzw, Sanathana Dharmy. Gdyby był kimś
oświeconym, raczej nie wygłaszałby religijnych mów. Może był też mędrcem, ale bez wątpienia nie byl ascetą. Jak wielu indusów,
cierpiał na nadwagę, cukrzycę i problemy z sercem. Umarł zresztą młodo, w wieku lat 39, i nie było to żadne świadome odejście, czyli
mahasamdhi, lecz nagła śmierć spowodowana marnym stanem zdrowia.

Swami Jogananda ostatni raz odwiedził swoje rodzinne strony w 1936 roku. Od tego czasu nigdy więcej
już nie zrezygnował z komfortu amerykańskiego życia, żeby odwiedzić cudowną i tajemną krainę joginów, czyli swoje ukochane Indie. Wyraźnie
nie ciągnęło go do chaosu, kurzu i ogólnej nędzy ówczesnych Indii. Żył w stworzonej przez siebie organizacji, Self-Realization
Fellowship/Towarzystwo Realizacji Jaźni/.Członkowie organizacji stworzyli swoisty raj na Ziemi dla swojego guru w Pacific Palisades.
Organizacja była wspierana finansowo przez wielu zamożnych Amerykanów, dla których charyzmatyczny, atrakcyjny Mistrz z Indii, był
ucieleśnieniem ich dotąd niespełnionych snów o tajemnej, wschodniej duchowości. Poważnych aspirantów było niewielu, a i ci, jak to
w organizacjach tzw. duchowych bywa, rywalizowali o pozycję przy Mistrzu. Echa tych walk o bycie pierwszym po Bogu można znaleźć w
w innej autobiografii!!!, czyli w Autobiografii zachodniego Jogina, Amerykanina, zwanego później Swamim Krijanandą.
Ale szczególną pozycję przy mistrzu Joganandzie zajmowały zawsze podczas jego amerykańskiego okresu życia kobiety. Haryzmatyczny,
stanowczy, mówiący zdecydowanym głosem Jogananda był ich ulubieńcem, a nawet kimś więcej. Ówcześni członkowie organizacji SRF wspominają
o licznych romansach guru, który w Ameryce stopniowo, z rzekomego hinduskiego ascety zaczął przeistaczać się w prawdziwego sybarytę,
kochającego wygody i luksus, a przede wszystkim smaczne i obfite jedzenie. Szczególnie niszczący dla jogina Joganandy stał się nałóg
jedzenia słodyczy, a zwłaszcza ciastek. O ile słodycze hinduskie są z racji swego niewyszukanego smaku nie aż tak zabójcze, gdyż nie
można ich zjeść zbyt dużo, to słodycze zachodnie o wysubtelnionych walorach smakowo-zapachowych, są zabójcze z całą pewnością. One
stały się jedną z przyczyn ujawnienia się o Joganandy silnej cukrzycy Ten, podobno w Indiach jeszcze asceta, w Ameryce stał się amatorem wygodnych
foteli i łóżek i pełnej przepychu jedwabnej odzieży, która miała podkreślać jego indyjską tajemniczość. W sieci można znaleźć sporo filmików
pokazujących Joganandę. Dla tych, którzy ich nie wiedzieli, szczególnym zaskoczeniem może być silny, wręcz rozkazujący głos jogina,
który tym głosem potrafił swych wielbicieli wprowadzać w trans. Na jednym z filmików można zobaczyć ceremonię ślubną prowadzona przez
Joganandę, gdzieś na początku lat 30-tych - Mistrz udziela specjalnego ślubu pewnemu drobnemu Hindusowi i nie tak już drobnej Amerykance.
To specjalnie złączone przez Joganandę małżeństwo nie przetrwało jednak nawet roku, a m. in. dlatego, że widoczna tam Amerykanka, przed,
jak i po ślubie, była, nad wyraz bliską przyjaciółką jogina...
Ale amerykańska sława Joganandy rosła. O spotkanie z nim zaczęli zabiegać ówcześni możni Ameryki - mogli w ten sposób
dać dowód swej otwartości religijno-duchowej. Zresztą sam Jogananda na ich użytek stworzył swoisty rodzaj papki chrześcijańsko-hinduistycznej tak, żeby
ten fast food duchowy doprawiony indyjskim chili mógł być strawny dla wielu. Chociaż już nie dla samego Joganandy, który, według opinii, będących z nim
bliżej, już dawno przestał wierzyć w jakość oferowanej przez siebie strawy, która przybrała postać religijnej cepeliady sprowadzonej do pieśni i wizerunków
świętych. Oczywiście, po drodze pojawiły się tez kursy, seminaria z zakresu jogi i pranajamy - jakoś trzeba było gromadzić fundusze - ale wszystko to była
joga instant, dla jak największej rzeszy konsumentów. I były to zajęcia prowadzone głównie przez . uczniów Joganandy, gdyż sam Mistrz stawał się coraz mniej
sprawny w wykonywaniu asan i ćwiczeń oddechowych. Przpominało to chyba nieco tzw. kurs mudr prowadzony również w Polsce przez, też kochającego jedwabne szaty
i złote świecidełka pewnego guru. Amerykański styl życia najwyraźniej nie służył zdrowiu Joganandy. Liczne bankiety wydawane na cześć i z okazji, w których
jogin musiał brać udział i wygłaszać mowy coraz bardziej osłabiały jego serce, które, niestety, nie okazało się być, mityczną, wieczystą hiranyagarbhą
Aż wreszcie nadszedł ostatni bankiet, 7 marca 1952 roku w hotelu Biltmore w Los Angeles na cześć ambasadora Indii w Stanach Zjednoczonych. Wytworny hotel,
wytworne towarzystwo i kolejny spektakl, któremu już od roku poważnie chorujący jogin musiał sprostać. I nie sprostał. W trakcie mowy powitalnej
wygłaszanej przez Joganandę doznał on silnego ataku serca i na oczach zebranych osunął się na podłogę. Wszelka pomoc okazała się nadaremna. Wielki
jogin umarł w wieku lat 59.

Po śmierci Mistrza aktywiści SRF starali się wzmocnić nadwątlony przez tak nagłą i nieoczekiwaną śmierć mit o
wielkości i nadzwyczajnych mocach nieżyjącego jogina. Oczywiście rozpowszechniali bzdury o tzw. Mahasamdhi, czyli świadomym odejściu, ale był to w
obliczu ataku serca mit trudny do obrony. Dlatego stworzyli inny. O tym, że ciało martwego Joganandy, nie wykazywało oznak rozkładu aż przez piętnaście
dni, do momenty pojawienia się pierwszej plamki opadowej. Na tę okoliczność uzyskano nawet zaświadczenia koronera z Forest Lawn Memorial -
Park w Glendale w Kalifornii. I zbudowano mit o nie podlegającym rozkładowi ciele świętego. Recz jednak w tym, że wówczas, na życzenie
bliskich, bądź rodziny zmarłego w Kalifornii przeprowadzano rutynowo zabieg quasi-mumifikacji ciał zmarłych specjalnym sprayem. Było to,
oczywiście, wyłącznie kwestią dodatkowej zapłaty. Poddane takiemu zabiegowi ciało utrzymywało się w całkiem dobrym stanie nawet do miesiąca.
I wcale nie musiało to być ciało świętego.
Po śmierci Joganandy Autobiografia jogina zaczęła żyć własnym , niezależnym życiem. Stawała się coraz
bardziej popularna tak jak i postaci w niej opisane. Np. mityczny Mahavatar Krija Babaji, którego książka Joganandy spopularyzowała do tego
stopnia, że opowiadać o nim zaczęło wielu innych. Zaczęli nawet pisać książki o swoich spotkaniach z nieśmiertelnym z Badrinath.
Marketingowy impact dokonany przez Autobiografię Joganandy zrobił swoje. Ale przyznać trzeba, że książkę Jogananda napisał piękną.
I ja dałem się jej zauroczyć, czego wcale nie żałuję. Dała ona przecież impuls do mojej długiej indyjskiej podróży....
Mariusz Piotrowski
Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 8/2010
|