ARTYKUŁY



Ludzie, którzy gapili się w nicość...


       Ilekroć mój Mistrz przyjeżdżał z Indii do Polski, pewni ludzie, raczej przepełnieni jak najlepszymi chęciami, proponowali Mu wycieczkę po kraju z atrakcjami do obejrzenia: góry, doliny, lasy, a nawet Wawel/ a jakże !/ .I za każdym razem Mistrz dziękował zdecydowanie, stwierdzając, że na fizyczne podróżowanie szkoda czasu, skoro w każdej chwili może on przenieść się w wybrane miejsce przy pomocy medytacji. I o ile Mistrz podróżuje po Indiach nawet dosyć często , a także poza granice subkontynentu, to jedynie dlatego, żeby zachęcić ludzi do medytacji. Zadanie jednak jest karkołomne, gdyż ludzie Zachodu nie bardzo wierzą w możliwość podróży medytacyjnych i zdecydowanie stawiają na podróżowanie fizyczne. No może nie wszyscy, gdyż istnieli, i istnieją do dzisiaj, adepci tzw. zdalnego postrzegania/ z ang. Remote Viewing/. Byli przez pewien czas traktowani bardzo serio, do tego stopnia nawet, że stali sie uczestnikami tajnego amerykańskiego programu parapsychicznego pod nazwą STARGATE, który to program został zakończony w połowie lat 90. minionego stulecia, a jego istnienie zostało upublicznione przez armię. Uczestnicy programu dostali od tej chwili wolną rękę, co do swojej przyszłości, a w szczególności przyszłości biznesowej. Uczestnictwo w supertajnym programie wojskowym stanowiło świetny chwyt promocyjny, gdyż wszystko, co tajne, wyjątkowe, niezwykłe, sprzedawało się bardzo dobrze - chociażby wszelkiej maści teorie spiskowe – mogliśmy ostatnio doświadczyć tego sami. A ponieważ kilku z uczestników tego programu miało w sobie ponadprzeciętne ”parcie na szkło„, w krótkim czasie stali się dosyć popularnymi postaciami, z którymi przeprowadzano wywiady, zapraszano do programów telewizyjnych i radiowych. Wkrótce też niektórzy z nich pozakładali firmy mające zajmować się usługami dla biznesu, na przykład poszukiwaniem złóż ropy dla koncernów naftowych. To były bardzo intratne kontrakty. Ale przede wszystkim zajęli się działalnością szkoleniową dla potencjalnych ”zdalnie postrzegających„. Od samego początku mieli tylu chętnych na kursy, że zapisy prowadzono na wiele miesięcy w przód. Nimb byłych parapsychicznych agentów, szpiegów, wywiadowców działał niczym afrodyzjak. Inni tez chcieli uszczknąć coś z tej parapsychicznej tajemnicy, a przy okazji nauczyć się intratnego zawodu. Najpopularniejszymi na rynku okazali się być wkrótce Joseph McMoneagle i Ingo Swann oraz Ed Dames. Od tego ostatniego wręcz zaroiło się, na na łamach rozmaitych ezoteryczno-ufologicznych magazynów, gdzie snuł swoje coraz bardziej zadziwiające i niepokojące fantazje o tych ”którzy ukrywają„. W pewnym sensie klimat tego świata parapsychicznych wywiadowców został pokazany w filmie pt. Człowiek, który gapił się na kozy, nakręconym na podstawie popularnej książki Jona Ronsona pod tym samym tytułem. Ronson, reporter, dotarł do uczestników programu Stargate. Przyjrzał się im po latach. Powstał z tej reporterskiej penetracji gorzko-śmieszny tekst opisujący świat na manowcach umysłu:próby zabijania wzrokiem, przenikania przez ściany, oczywiście zdalne postrzeganie, zdalne wpływanie na umysł, a do tego , na deser, kontakty z kosmitami/oczywiście,przy pomocy specjalnych technik doskonalących umysł/ . O osiągnięciach specjalnej jednostki parapsychicznej armii amerykańskiej wiadomo właściwie jedynie od jej członków. Dowództwo raczej nie potwierdziło jakiś szczególnych dokonań, poza potwierdzeniem faktu, że taka jednostka w ogóle istniała. Podobno na cały program szkolenia parapsychicznych wojowników wydano coś około jedenastu milionów dolarów, co jak, jak na koszty, utrzymania armii w ogóle, nie wydaje się być kwotą szczególnie zawrotną.

Ingo Swann

      Do jednostki trafiali ludzie, którzy w odczuciu innych, bądź swoim, wyróżniali się z wojskowego otoczenia. Lubili na przykład medytować, widzieli aury, bądź przeżyli coś szczególnego, jak Joe McMoneagle, który w Wietnamie doświadczył doznania ”życia po śmierci„i zobaczył mistyczne Światło. Jednostka, której siedziba znajdowała się w niepozornym budynku, a raczej baraku, w Fort Mead składała się z rozmaitych osobowości. Często niezbyt zrównoważonych. Jak pisze, Jon Ronson, David Morehouse, autor książki o parapsychicznych wojownikach, z nadmiaru teleobserwacji, trafił do szpitala dla psychicznie chorych/ i raczej nie była to sprytna próba zainstalowania szpiega w tym przybytku.../.Wspomniany już wcześniej Ed Dames, człowiek z największym chyba ”parciem na szkło' wyspecjalizował się w wędrówkach w czasie, zwłaszcza w przeszłość, gdzie kontaktował się m. in. z duchem dinozaura. Na wyżyny mitomanii wspinał się również Ingo Swann, chociaż uczestnik tajnego programu, człowiek o duszy artysty, malarz, malujący również barwne historie. Ponieważ miał tez niewątpliwy talent pisarski, zaczął płodzić coraz to liczniej książki. O ile początkowo były to dosyć rzetelne opracowania o technikach parapsychicznych, np. wydana również w Polsce książka Ponad umysł i zmysły/Limbus/, to potem zaczęło się coraz gorzej. Przykładem chociażby Penetracja/Limbus/, to właściwie opowieść science fiction, przez wielu jednak brana za rzetelne opracowanie zdalnie postrzegającego. Potem z Ingo Swannem było już coraz gorzej, a jego coraz to bardziej hermetycznych, opracowań, trącących nieco paranoja, nie chciał wydawać żaden z liczących się wydawców. Swann założył więc własne wydawnictwo, w którym wydał książki o poziomach energii w społeczeństwie i o ”zarządzaniu„ energia seksualną. Z Joe McMoneaglem było nieco lepiej, gdyż napisał dwa, wydaje się rzetelne, na ile rzetelne mogą być poradniki zdalnego postrzegania. Zbłaźnił się jedynie pisząc wydaną w prestiżowym Hampton Roads, książkę o wehikule czasu zdalnie postrzegającego. O ile miała to być ze strony McMoneagle,a jedynie zabawa w przewidywanie, to zabawa udała się ot tak sobie, ale o ile miał to być wynik jego wielce intensywnych wędrówek umysłem w czasie i przestrzeni, to rezultat okazał się żałosny. Były to prognozy na poziomie w miarę wnikliwego czytelnika prasy i internetu. Podobne zresztą do prognoz rozlicznych tzw. astrologów, których prognozy przyszłości, to zaledwie mało udane ekstrapolacje informacji z bieżących wiadomości.

Joseph McMoneagle

      Medialna popularność i biznesowe powodzenie niektórych ze zdalnie postrzegających byłych członków tajnej jednostki spowodowały, że w ich ślady postanowili pójść też adepci prowadzonych przez nich kosztownych kursów. Największa sławę z nich, chociaż mało chlubną zyskał Courtney Brown. Pracując na jednej a podrzędnych uczelni mógł pozwolić ubrać swoja działalność w kostium działalności naukowej – przypomina to poniekąd kupowanie przez niektórych krajowych ezoteryków lipnych dyplomów lipnych uczelni, nawet doktoratów...Brown swoje zdalne postrzeganie wzbogacił swoje obserwacje w ”wartość dodaną„ - w większości z nich pojawiali się obcy, w szczególności tzw Szaraki, ich wizerunek jest medialnie najbardziej rozpowszechniony. Kiedy np. prowadził zwykłą teleobserwację, np. głównego korytarza w budynku dowództwa sił zbrojnych, to zawsze przy okazji widział czających się pod ścianami obcych. Prawdopodobnie czaili się, żeby wykraść tajne plany Ziemian. I przy tym wszystkim Brown był w stanie krytykować innych zdalnie postrzegających za to, że tych obcych nie widzą. Pokaz ”naukowych„ teleobserwacji Browna można znaleźć w wydanej, też w Polsce książce Kosmiczna podróż, niegdyś, wydawało mi się, całkiem rzetelnej. Dzisiaj patrzę na tę książkę jak na kompendium psychicznych rojeń. Jakiś czas temu byłem na spotkaniu pewnej grupki ludzi, mieniących się ufologami. Jeden z tej grupki nagle odezwał się przypisując większość kontaktów II i III stopnia przybyszom z Plejad. W odpowiedzi na to głos zabrał inny, chwyciwszy się wcześniej za głowę: ”Trzeba być niezłe porąbanym !„, prawie wrzasnął, ”żeby te kontakty przypisywać Plejadianom, których nie ma. Wiadomo przecież, że oni przybywają z Syriusza„. Zaznaczam, że ludzie ci mienili się ufologami i nie byli pacjentami żadnego ze szpitali..Rojenia Browna rozprzestrzeniały się medialnie, przypominając swoją jakością rojenia dzisiejszych proroków roku 2012 - ”początek końca - początek początku„etc. Ofiarami wizyjnej mgły snutej przez Browna padali nie tylko uczestnicy prowadzonych przez niego kursów. Byli to również członkowie pewnej ufologicznego bractwa o nazwie Heavens Gate. Kiedy w 1997 świat obiegła sensacja o zbliżaniu się komety Hale,a – Boppa, Brown nie omieszkał zdalnie zlustrować tej komety, wykrywając, że za jej głową dodatkowo podąża ogromny statek obcych, co jest zapowiedzią bliskich wydarzeń na kosmiczna skalą. Żeby w nich uczestniczyć, członkowie grupy, postanowili wcielić w życie ideę dla której żyli. Zmanipulowani przez lidera swej grupy, postanowili przenieść się na inny poziom, w inną gęstość , w inny wymiar - wariant do wyboru – czyli z życia przenieść się do śmierci na drodze zbiorowego samobójstwa. Niestety, idea roku 2012, ma też już chyba swoich obłąkanych liderów, na razie proponujących specjalne schrony, arki, kursy przetrwania, również duchowego, a potem być może przejście w inną gęstość. Dziwne, ale Brown, którego oskarżano o przyczynienie się do tego samobójstwa nadal prowadzi swoja działalność, nadal jako tzw. naukowiec. No, ale z raz rozkręconego biznesu trudno wycofać się...

Courtney Brown

      Oczywiście, nie można w pełni wyśmiać całego programu STARGATE, ani ludzi w nim uczestniczących. Wyśmiać raczej można ich późniejszą działalność biznesową, kiedy to dla popularności i pieniędzy manipulowali ludźmi i informacjami. Fenomen zdalnego postrzegania istnieje i jest jedną z funkcji mózgu ludzkiego. Potwierdzają to wyniki eksperymentów prowadzonych w ”ezoterycznym„ Monroe Institute, jak i w renomowanym Stanford University. Ale fenomen ten, chociaż jest, nie może być wykorzystany na zawołanie. Jest to raczej błysk, iluminacja, chwila, kiedy uzyskuje się pewność, że dotarliśmy do celu. I najbardziej pomocna w uzyskaniu pożądanych rezultatów jest praktyka, w szczególności medytacyjna. Zdecydowanie bardziej, niż płatny kurs prowadzony prze jakiegoś proroka nowej ery. Takie możliwości są w nas. Medytujmy....

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 7/2010