ARTYKUŁY



Twoja głowa jest już w paszczy tygrysa


      Świadomość jest wszystkim, co istnieje, tak brzmiała esencja nauczania współczesnego mistrza advaity z Bombaju. Przez dłuższy czas uchodził za kontynuatora nauczania słynnego bombajskiego mędrca, Nisargadatty Maharaja, dla którego miał zaszczyt stać się tłumaczem jego rozmów z przybyszami z Zachodu/na język angielski/. W przeciwieństwie do Maharaja, który uchodził za analfabetę, a zarazem wielkiego mędrca, Ramesh był człowiekiem wręcz „nieprzyzwoicie” wykształconym, ukończył m. in. prestiżową London School of Economics, po której ukończeniu rozpoczął swoją karierę po kolejnych szczeblach największego indyjskiego banku, Bank of India. Zwieńczeniem kariery było stanowisko prezesa tego banku, co nawet dla samego Ramesha było ogromnym zaskoczeniem, gdyż, jak stwierdzał przy licznych okazjach, na stanowiskach nigdy, ale to nigdy, nie zależało mu. Podkreślał zawsze, że to samo życie tak go niosło, według scenariusza napisanego przez Świadomość. Ale zarazem czas swojej bankowej kariery dzielił z głębokimi studiami nad filozofią niedualizmu, a w szczególności zgłębiał nauki słynnego mędrca z Arunaczali, Ramany Maharshiego. Wprawdzie nie spotkał go nigdy osobiście, ale przez lata w wolnym czasie wyjeżdżał do aszramu w Tiruvanamalai, gdzie studiował liczne zachowane teksty rozmów z mistrzem, a także spotykał się z jego uczniami. A zarazem, co zakrawa na wielki paradoks, przez wszystkie te lata niczego, ale to niczego nie słyszał o innym mędrcu, z Bombaju. Az do dnia, gdy pocztą dotarł do niego kolejny numer aszramowego miesięcznika z Tiruvanamalai. Comiesięczna lektura tego magazynu była obowiązkowa i najwyśmienitszą strawą duchową Ramesha. Było to już wtedy, kiedy Ramesh rozstał się ze swoją karierą bankową i przeszedł na emeryturę. I właśnie w tym numerze znalazł krótki artykuł o charyzmatycznym mistrzu advaity, nazywającym się Nisargadatta Maharaj. I do tego o mistrzu, który mieszka w tym samym mieści, co i Ramesh, i do tego w miejscu oddalonym o niespełna kwadrans spacerem od eleganckiego apartamentowca, w jakim mieszkał niedawny prezes Bank of India. Artykuł był podobno „mocny”, co od razu pchnęło Ramesha do osobistej wizyty u mędrca. Z apartamentowca Ramesha przez Gamadia Road do domu Nisargadatty było wprawdzie blisko, ale zarazem była to bliskość dwóch różnych światów. Maharaj mieszkał w dzielnicy, w której dominowały walące się, przeżarte przez monsunową wilgoć rudery oraz slumsy.

      Ale już od pierwszego spotkania zaiskrzyło między niepiśmiennym Mistrzem i intelektualistą duchowości. W niewielkim mieszkaniu Maharaja Ramesh nie zjawił się sam, byli już tam też dwaj czy trzej goście z Zachodu, których do Bombaju przywiodła lektura Jestem Tym, inspirujących rozmów z Nisargadattą, wydanych w języku angielskim przez Maurycego Frydmana, duchowego wędrowca po Indiach z Krakowa. I prawie że z marszu Ramesh stał się pośrednikiem między Nisargadattą, a coraz liczniej przybywającego do niego spoza Indii adeptami advaity. Stał się tłumaczem z języka marati na angielski i odwrotnie. Szybko zharmonizował się z nad wyraz ekspresyjną naturą Maharaja, który bywał chwilami wręcz wulkanem nauczania, do tego alergicznie nieznoszącym duchowej tandety, czyli dywagacji o bóstwach, karmie i reinkarnacji. Takie kwestie zresztą nigdy też nie interesowały samego Ramesha. I był tłumaczem Maharaja, a raczej interpretatorem jego słów, aż do śmierci mędrca w 1981 roku. W czasie jednej z sesji, kiedy tłumaczył, jak wspominał, doznał, czegoś, jakiegoś dziwnego uczucia, które później próbował określać jako olśnienie lub otwarcie. W każdym bądź razie było to silne doznanie, które zmieniło w Rameshu punkt percepcji, z którego dotąd postrzegał rzeczywistość. Poczuł też silnie jedność z Maharajem. Odczucie to było symbolicznym chyba otwarciem wrót do nauczania już w niedalekiej przyszłości.

      Wkrótce po śmierci Nisargadatty Ramesh Balsekar dla prestiżowego wydawnictwa Chetana napisał aż trzy książki - każdą w nieco inny sposób poświęconą. interpretacji nauk Maharaja. W trzeciej z tych książek zinterpretował, w świetle nauk Nisargadatty jeden z najważniejszych duchowych tekstów Indii: Nektar nieśmiertelnośći, Dżnianeswara, mistrza z XIII wieku. Jako interpretator słów i nauk Maharaja stopniowo spotykał się z coraz liczniejszym gronem adeptów głębokiej duchowości i to zarówno z Indii jak i z Zachodu. Stopniowo rodził się nowy Mistrz, do niedawna adept advaity i emerytowany prezes wielkiego banku. Podobnie, jak do skromnego mieszkania Mistrza Nisargadatty, teraz do przestronnego apartamentu Ramesha zaczęli przybywać poważni adepci duchowości. Przynajmniej w większości poważni, gdyż nauczanie Ramesha zdecydowanie nie było dla zafascynowanych hinduizmem. Nie było tu śpiewania mniej czy bardziej nabożnych pieśni, zwanych badżanami, nie było palenia ogni, kadzenia dymów, sypania ryżu, wykonywania asan i mudr, czyli całej tej otoczki w nieistotnej w przypadku filozofii nie dualizmu.

      Raz jeden miałem zaszczyt spotkać Ramesha osobiście. Było to w czasie, kiedy jeszcze regularnie jeździłem do pewnego pop-aszramu na południu Indii i dlatego nowy mędrzec z Bombaju nie był wówczas moim głównym idolem. Było to dziesięć lat temu - zrządzeniem losu dostałem ekstra aż półtorej doby w Bombaju, z powodu strajku Indian Airlines. Studiując już wcześniej nauki Nisargadatty i wiedząc o bankierze-mędrcu postanowiłem trafić do niego. Nie było z tym kłopotu, gdyż taksówkarz dobrze znal drogę na Gamadia Road i po półgodzinnej jeździe znalazłem się na stosunkowo eleganckiej ulicy i taksówka zatrzymała się przy budynku, a nazywającym się, jak pamiętam, Sindhula. Była akurat godzina 10 rano i jak okazało się, miałem sporo szczęścia, gdyż w mieszkaniu Ramesha rozpoczynał się codzienny satsang. W przestronnym pokoju, w stanie, jak przyznam sporego stresu, siedziało już, na oko, ze trzydzieści osób, z których mniej więcej połowę stanowili biali. Pokłoniłem się Rameshowi, który, nie pytając mnie o nic, uśmiechnąwszy się, wskazał mi wolne miejsce na podłodze pod ścianą. W chwilę po mnie do pokoju weszły jeszcze trzy osoby i wtedy rozpoczął się satsang. A właściwie sesja pytań i odpowiedzi. Zorientowałem się, że większość obecnych w pokoju, to stali bywalcy, w pomieszczeniu panowała familiarna atmosfera. Większość obecnych stanowili ludzie młodzi, oko, raczej osobowości intelektualne. I nie było wśród nich, na szczęście, żadnych przebierańców z Zachodu w hinduistycznych szatkach, które na ogół są sygnałem istotnego zniewolenia mentalnego. Tego dnia poruszano kwestie, o jakich, jak się domyśliłem, rozmawiano w tym gronie wcześniej. Przyznam, że dominujący w tym satsangu hindisz, czyli hinduska wersja angielskiego, do tego wtręty, w marati, uniemożliwiły mi w miarę głębsze uczestniczenie w spotkaniu. Zakończyło się ono zresztą gdzieś po jakichś dwóch godzinach zaśpiewanymi na finał kilku badżanami. Dowiedziałem się przy okazji, ze śpiewy te były wyłącznie drobnym i jedynym elementem tradycji, jaką wcześniej w swoim mieszkaniu kontynuował Nisargadatta Maharaj. Wówczas spotkanie z Rameshem nie wywarło na mnie większego wrażenia. Uznałem, że atmosfera była tam nadto intelektualna, za dużo dociekań, wątpliwości, ze strony pytających, co zresztą zrozumiałe. Sam Ramesh sprawił na mnie wrażenie człowieka nad wyraz łagodnego, cały czas uśmiechniętego i zarazem bardzo pewnego swojego zasadniczego przesłania:Świadomość jest wszystkim, co jest. Ramesh był zresztą bardzo uczciwy wobec swoich słuchaczy, zaznaczając nieustannie, że nawet to przesłanie jest tylko i wyłącznie konceptem, który i tak za jakiś czas każdy ze słuchaczy będzie musiał porzucić. Był to koncept stworzony na rzecz rozmowy, możliwości porozumiewania się, wymiany poglądów. Ale był to tylko koncept. Według Ramesha wszelkie nauczanie prowadzone przez guru, nie jest prawdą ostateczna, jest tylko i zaledwie pewnym drogowskazem do tej Prawdy prowadzącym. Ponieważ jednym z najważniejszych konceptów w hinduizmie jest koncept oświecenia, przesłanie Ramesha w tej kwestii brzmiało: Oświecenie jest anihilacją tego, który tego oświecenia pragnie. Według Ramesha wszystko, czyli cokolwiek wydarza się w wiecie, w naszym życiu jest kwestia przeznaczenia, wszystko jest manifestacja w polu świadomości, będącej wszystkim, co jest. W tej sytuacji nawet tak bardzo przez wielu upragnione oświecenie nie jest w ich rękach, ale jest jest wynikiem przeznaczenia. Wszelkie sadhany,mające na celu dotarcie do oświecenia też są tylko i wyłącznie tworem świadomości. Tak naprawdę wszystko, co się wydarza, jest wynikiem gry świadomości. Wszelkie tzw. Poszukiwania, z poszukiwaniem duchowym włącznie, są tak naprawdę bezosobowymi procesami w polu Świadomości. Świadomość tylko działa przez nas, gra, bawi się. Jeśli takie przesłanie do nas dotrze, to sprawa załatwiona, gdyż wtedy, jesteśmy wyzwoleni z wszelkich innych konceptów. Faktem jest, że przekazywanie przez Ramesha podczas satsangów tylko tych kilku elementarnych przesłań z jego nauczania, działa na słuchaczy niczym hipnotyzująca mantra. Tak, jak wyznawcy Kryszny powtarzając swoją mahamantre uprawiają rodzaj autohipnozy dającej i m poczucie jedności z Kryszną, podobnie słuchacze Ramesha i czytelnicy jego licznych/blisko 20 książek/ zyskują przekonanie, że są wyłącznie manifestacją w polu Świadomości. Liczni z nich nabierają nawet przekonania, że stali się oświeceni, i na ogół krótko po tym, rozpoczynają samodzielne nauczanie. Wszyscy oni, jak np. Amerykanin Wayne Liquerman/to ksywka na część ulubionych przez niego mocnych trunków, mieszczą się w nurcie, który obecnie nazywany jest neoadvaitą. Ale czy są oświeceni? Zważywszy, że nie wiadomo, czym jest oświecenie, niech nimi będą. Przynajmniej maja lepsze samopoczucie. Zresztą, jak mawiał Ramana Maharshi, a za nim często powtarzał Ramesh: Twoja głowa jest już w paszczy tygrysa, czyli tak naprawdę każdy, jeśli już nie jest, to będzie oświecony. Nie ma od tego ucieczki...

       Ramesh Balsekar pod koniec życia popełnił kilka, delikatnie mówiąc, błędów, obyczajowych, o które było nietrudno, gdyż ten, co prawda już sędziwy nauczyciel, szczególnie był adorowany przez młode i do tego piękne kobiety. Ale to wśród hinduskich guru błąd powszechny i nie tak istotny, zważywszy, że zdążają im się grzechy znacznie bardziej istotne.

      Przez następne lata po wizycie u Ramesha przestudiowałem chyba wszystkie dostępne, firmowane jego nazwiskiem książki. Był to dla mnie ważny etap, który doprowadził mnie do punktu, w jakim jestem dzisiaj, czyli do medytacyjnej ciszy, jaka jest chyba największym nauczycielem. Ramesh Balsekar z całą pewnością wiedział o tym, ale pełnił w teatrze życia rolę nauczyciela-mistrza. Tak zadecydowała Świadomość... Ona też zadecydowała o odejściu Ramesha z tego świata . Umarł, czyli odszedł w ubiegłym roku, w całkiem niezłym wieku 92 lat. Niedawno usłyszałem krótkie wspomnienie o nim Leonarda Cohena, który przez wiele tygodni mieszkał w jednym z bombajskich hoteli i był codziennym gościem Ramesha. Jedno z wielu spotkań w polu Świadomości.......

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 6/2010