ARTYKUŁY



AWATAR UMYSŁU


      Kiedy podczas ostatniego pobytu w indyjskim, niegdyś upatrzonym przez hippisów, Riszikesz, ku swemu kosmicznemu zdumieniu spotkałem Jaya, Amerykanina, którego po raz pierwszy poznałem lata temu w Puttaparthi. Jay, człowiek dzisiaj już kalendarzowo wielce niemłody, ale trzymający się ciągle świetnie - jest zafiksowany na punkcie oczyszczania ciała i najzdrowszego pod słońcem jedzenia. Krótko mówiąc, gdyby nie pewne, jak się okazuje silne nawyki z dzieciństwa i młodości, prawdopodobnie nie jadłby wcale. I kiedy już, spotkawszy się w tak wręcz cudowny sposób w Riszikesz, postanowiliśmy to uczcić w jednej z licznych tu knajpek; on sokiem z ananasa, ja kawą - też silny nawyk z przeszłości. I w tej luźnej, wręcz leniwej aurze spowijającej Riszikesz z Gangesenm odbijającym silne tego dnia promienie Słońca, Jay zdobył się w pewnej chwili na zaskakująca jak na niego refleksję:„ Wiesz, zjeździłem Indie wzdłuż i wszerz w ciągu ostatnich dwudziestu lat, poznałem przy okazji dziesiątki mistrzów, guru, nauczycieli tego i czy owego, ale tak naprawdę zaledwie garstka z nich zrobiła na mnie większe wrażenie. I powiem tobie więcej, człowieka tej samej klasy spotkałem niegdyś w Ameryce. Spotkałem go w czasach mojej hippisowskiej młodości. Człowiek ten to Timothy Leary. Poznałem też jego kumpli z Harvardu, m. in Ram Dassa. To byli piękni ludzie.., zamyślił się Jay. Przyznam, że te słowa w ustach Jaya, wydawałoby się, nieuleczalnie zakochanego w Indiach, brzmią co najmniej dziwnie. Zważywszy, że Leary uchodził w swoim czasie wręcz za wroga publicznego, człowieka, który kwestionował wszelkie normy społeczne, a przede wszystkim, uchodził za demona, który tysiące młodych ludzi wprowadził na narkotyczną drogę LSD. A Jay, mimo że niegdyś hippis, narkotyków zdecydowanie nie kochał.

Timothy Leary (medytujący)

      Leary nie żyje już od czternastu lat, ale wspomnienie o nim jest, zwłaszcza w Ameryce, wciąż jest silne. Ten prekursor ruchu hippisowskiego jest znany chociażby z popularnego do dziś sloganu:„ Włącz się, dostrój, odpadnij”, będącego wezwaniem do porzucenia społecznych konwenansów i przekraczania schematów. Był też orędownikiem i prekursorem badań nad narkotykami psychodelicznymi, zwłaszcza nad LSD, narkotykiem bardzo popularnym zwłaszcza wśród młodych w kampusach akademickich. Za posiadanie tychże narkotyków, jako propagator idei groźnych dla ciągle mimo wszystko bardzo konserwatywnego społeczeństwa amerykańskiego został skazany na kilkuletnie więzienie. Ale narkotyki według Leary, ego nie tyle były złem, co środkiem do powiększenia mocy i poszerzenia spektrum działania ludzkiego umysłu. I to według niego nawet skuteczniejszym, niż techniki i długotrwale praktyki joginów z \Indii. Często nawet wyśmiewał się publicznie ze wschodniej duchowości, że jest skostniała w swoich rytuałach, poglądach, po prostu schematach. Z drugiej strony zresztą starożytni i późniejsi od nich adepci tantry zażywali somę napój halucynogenny, po którym bez wątpienia osiągali chwilowo upragniony przez adeptów medytacji stan samadhi, stan bez świadomości świata zewnętrznego i wewnętrznego. Urodzony w 1920 roku, już w latach 60-minionego stulecia był z jednej strony, jako profesor psychologii w Harvardzie, a z drugiej strony, jako szalony ideolog wolności intelektualnej, znacznie starszy niż większość jego, nazwijmy ich, wyznawców. Wydawałoby się, że szczyt jego popularności przypadł właśnie na tamte lata, a jednak to dopiero później Leary stał się tym, kim chyba pragnął stać się przez całe życie - orędownikiem cybernetyczno-psychodelicznej duchowości. Orędownikiem nowej ery, jaka nadejdzie, a jej zapowiedzią miała stać jego widowiskowa śmierć. Miało to być widowisko na skalę światową, między innym dzięki raczkującemu dopiero w połowie lat 90-tych internetowi. A może tylko wielki żart.

      We wspomnieniach przyjaciół Leary zawsze jawił się jako człowiek enigmatyczny. Z jednej strony piekielnie inteligentny, z drugiej olśniewająco charyzmatyczny, na co dzień promieniował niczym blask słoneczny. Potrafił sprawić, że życie tych, którzy go znali wydawało jedna nieustającą impreza, która może być tylko coraz lepsza . Był według licznych opinii człowiekiem, który potrafił uczynić wszystko, aby inni poczuli się szczęśliwsi. Był tez podobno drugi Leary, który ukazywał się od czasu do czasu, często podczas pytań zadawanych mu przez jego słuchaczy. Bywał nawet zniecierpliwiony i opryskliwy. Był też wściekły Timothy Leary o ognistym, rewolucyjnym temperamencie, prowokator, ekstremista. I może Timothy okazał się najprawdziwszy w samym finale.

      Któregoś dnia w styczniu 1995 roku u Leary,ego stwierdzono, jak to nazwał, zdrowego, krzepkiego i spektakularnie ambitnego guza rakowego, dla którego gospodarzem stała się prostata. Początkowo 76-letni Leary jeszcze zbywał żartem zagrożenie, stwierdzając np., że:„Po 101 roku życia każdego mężczyznę musi to spotkać'. Wkrótce jednak okazało się, że ten rak jest nieuleczalny. Stopniowo przerzucił się na kości i krzyż. Leary tracił zdolność poruszania się i cierpiał coraz silniejsze bóle. Jego lekarze niechętnie przepisywali odpowiednie leki- niewłaściwa terapia przeciwbólowa jest często spotykana. Kiedy skaner potwierdził, to co Timothy i tak już czuł całym sobą, czyli groźny nowotwór, jego lekarze zalecili trzy tygodnie terapii napromieniowaniem. Przewidywali, że pod koniec drugiego tygodnia terapii, pacjent poczuje się lepiej. Jednak ten poczuł się gorzej i wyglądał gorzej. Podczas trzeciego tygodnia było jeszcze gorzej, cierpiał na przeszywające ataki bólu i nie mógł chodzić. Zawsze niezwykle niezależny, radosny i zdrowy, stawał się coraz bardziej zależny od wsparcia przez innych. I wtedy też Leary postanowić jeszcze raz poruszyć Amerykę. Postanowił jej mieszkańcom udzielić lekcji umierania. Ten kawalarz, roześmiany filozof, szalony psycholog, często w przeszłości padał ofiara własnych żartów. Ten człowiek zepchnięty na margines z powodu swoich skandalizujących poglądów na temat narkotyków , kosmosu, komputerów, społeczeństwa i rzeczywistości w ogóle zdecydował się udzielić innym mistrzowskiej lekcji procesu umierania. Ogłosił z całą powaga, że zamierza zamienić śmierć w wielką przygodę i jego celem jest umrzeć podczas psychodelicznej sesji. Nie żartował...a w zgodzie z nauką całego życia, przejął kontrolę nad swoim własnym procesem umierania. Żeby „działo się„ z grona licznych swoich przyjaciół stworzył grupę, która miała zajmować się upublicznieniem procesu jego umierania w internecie, która co prawda w połowie lat 90- ciągle był jeszcze w fazie dzieciństwa. Uznał też, że w samym finale jego ziemskiej psychodelicznej przygody da zamrozić swoje ciało jednej z czołowych firm kriogenicznych, a jego głowa miałaby zostać zeskanowana na wiele rożnych sposobów i odzwierciedlona cyfrowo na jakimś super trwałym nośniku. Chciał pokazać społeczeństwu amerykańskiemu, które właściwie całkowicie wyparło śmierć ze swojej zbiorowej świadomości, że jednak proces taki istnieje naprawdę, czy wierzy się w to, czy nie. Leary umierał tak, jak żył –- w pełni uczestnicząc w procesie - z odwagą, humorem, ciekawością i kreatywnością, a przede wszystkim z przyjemnością. Nie wierzył w życie pośmiertne, dlatego sączył soki z każdej tajemniczej chwili na Ziemi. Dlatego udzielana przez niego lekcja śmierci, to tak naprawdę lekcja życia, nakaz ciągłej zabawy , opanowania w tej zabawie, przekazywania sensu zabawy innym i bycia za to wszystko samemu odpowiedzialnym. Kiedy jeden z jego przyjaciół spytał go, jakie chciałby mieć epitafium odparł: Tu spoczywa Timothy Leary, pionier przestrzeni wewnętrznej

      Jednak na skutek nieporozumień z przedstawicielami dwóch czołowych amerykańskich firm kriogenicznych, dla których Leary miał stać się marketingową ikoną, niedoszły „zamrożeniec” postanowił wycofać się z tego projektu. Jak stwierdził:„Nie chciałby obudzić się za pięćdziesiąt lat w otoczeniu jakichś nudnych facetów z plikami dokumentacji w rękach. W związku z tym zaniechał też projektu zeskanowania zawartości swego mózgu, co miałoby w przyszłości pozwolić odtworzyć w pełni jego umysł, który, jak Leary zakładał, mieścił się i w mózgu i w ludzkim DNA. Projekt umierania został „zmniejszony„ do spektaklu w licznym gronie przyjaciół, jak i do relacji w internecie. Leary chciał pokazać, że nie musimy umierać w szpitalu w otoczeniu lekarzy, którzy wydają tysiące, aby utrzymać nas przy życiu. Chciał pokazać, że nie chodzi o śmierć w kontrolowanym środowisku z przewodami i czujnikami umieszczonymi w ciele/80 procent kosztów leczenia nieuleczalnie chorych przypada na pobyt w szpitalach w ciągu 6 ostatnich miesięcy ich życia/. Zdecydował się uruchomić pod projekt „Hospicjum domowe„, żeby pokazać, że najważniejszy jest nakaz świadomego życia na co dzień, smakowania każdej chwili, ponieważ bez względu na to, czy jesteśmy gotowi, czy nie , życie się kończy. I nie musimy umierać samotnie. Samobójstwo w asyście lekarza to niewłaściwie postawiona kwestia. Profilaktyczna opieka domowa jest właściwym wyjściem. Projekt hospicjum domowego oznaczał też dla Leary,ego koniec męczących wizyt w gabinetach lekarskich, koniec uniżonych błagań o ulgę w bólu, koniec spowodowanej bólem bezsenności. Oznaczał mniej stresu, frustracji i niepokoju. Jego przyjaciele, liczni, uczyli się od profesjonalnych pielęgniarek, jak opiekować się chorym. A przyjaciół było bez liku, a wśród nich wielu znanych ludzi, jak np. Ken Kesey/ Lot nad kukułczym gniazdem/, David Byrne muzyk i inni. Praktycznie prze cały czas, aż do śmierci Leary był aktywny, pozbył się początkowej depresji, wrócił też do innych rozpoczętych projektów, odwiedzał starych przyjaciół. W relacjach jego przyjaciół dominuje motyw, że w ten sposób wzniósł umieranie na poziom pełnej miłości sztuki. Osiągnął świadomość, która pozwoliła w jego sercu dopasować się do poziomu jego genialnego intelektu. Nauczył żyjących, jak naprawdę ponownie pokochać życie.

      Timothy Leary umarł w spokoju w bezpiecznym miejscu i znajomym otoczeniu swojego domu 31 maja 1996 roku, otoczony przez przyjaciół i ukochane osoby. I jako ochotnik hospicjum.

      A jego prochy po śmierci zostały wysłane w kosmos. To jeszcze jeden żart Leary,ego i jego sposób na życie pozagrobowe. Plus relacje z tamtego czasu - dzisiaj na You Tube, gdzie można zobaczyć tego, jak nazywali go ,Awatara umysłu, przyjaciele zainspirowani wschodnią duchowością.

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 5/2010