|
|
ARTYKUŁY
Mistrz doskonały
Indyjski stan Maharasztra w XIX wieku był istnym zagłębiem świętych. Ale nie tych stworzonych na
biurokratyczno-religijnej taśmie, lecz potężnych duchowo istot, jakie pojawiły się tam, niczym jacyś tajemniczy goście z Kosmosu.
Najsłynniejszym, co nie znaczy, że w jakiś sposób „największym” był bez wątpienia Sai Baba z Shirdi Równie znany był w tamtym czasie
Akkalkot Maharaj, jego domniemany mistrz. Byli też inni. np. Jangli Maharaj z Pune, Hazrat Babajan/kobieta/, też z Pune, Narayan Maharaj
z Kedagaon, czy Upasani Baba. Jedank dwie gwiazdy ducha świeciły wówczas szczególnie intensywnie: Gajanan Maharaj i Hazrat Baba Tazuddin.
Szczegóły z życia Gajanan Maharaja, jak to bywa w przypadku tzw avadhutów, czyli istot doskonałych,
owiane są tajemnica. Krąży o narodzinach i dzieciństwie wiele opowieści, ale wszystkie są nieprawdziwe, a bohaterowie tychże opowieści
zniechęcali sami potencjalnych biografów do dogłębnych poszukiwań, przypominając, że prawdziwy mistrz jest tylko i wyłącznie Jaźnią.
Nigdy ciałem, które jest uwarunkowane czasem i przestrzenią. Na pewno, a może podobno, wiadomo o nim, że 23 lutego 1878 roku pojawił sie
w Shegaon w Maharasztrze.
Mieszkańcy tej wioski tego dnia spostrzegli jakiegoś dziwnego przybysza, który przebierał odpadki
na lokalnym wysypisku śmieci. Przybysz był stosunkowo młodym człowiekiem, dobrze zbudowanym, promieniującym zdrowiem i siłą. Ale rozmowa z
nim była prawie niemożliwa, gdyż właściwie przez cały czas znajdował się w dziwnym stanie świadomości, w stanie całkowitego zaniku świadomości
ciała. Tylko od czasu do czasy wyciągał spośród odpadków coś, co, według niego nadawało się do zjedzenia. Kiedy w końcu mieszkańcy wioski
bardziej zainteresowali się dziwnym gościem, zaproponowali mu gościnę i prawdziwy posiłek. Ale gość odmówił, a właściwie przyjął to, co mu
zaproponowano, żeby po chwili wyrzucić wszystko w stertę śmieci, a następnie zebrać ponownie garść odpadków i wsunąć ją w usta. Pokazał,
że dla człowieka w jego stanie świadomości, niezależnie od formy, smaku i zapachu, wszystko ma takie samo znaczenie., czyli żadne. Jeden
z mieszkańców wioski w tej sytuacji zaproponował przybyszowi kubek dobrej, chłodnej wody, ale ten znowu odmówił. A po chwili, ku
zaskoczeniu wszystkich, zaczął pić z pobliskiego zbiornika wody dla bydła. To poruszyło zebranych do głębi. A w kilkanaście sekund później,
gość, dosłownie, zniknął z oczu wszystkich. Zdematerializował się! Materializacja i dematerializacja to jedne z ośmiu tzw siddhi
przypisywanych indyjskim joginom przez autorów starożytnych pism . Przybysz, okrzykniętych przez mieszkańców Shegaon Maharajem, odnalazł
się dopiero wieczorem w lokalnej świątyni poświęconej Sziwie, gdzie prowadził żywiołowy kirtan. Jeden z mieszkańców wioski zaproponował
Maharajowi gościnę, i ten, zgodził się. Rozpoczął się nowy rozdział.

Nawet będąc gościem w nowym domu, gość,którego od tego czasu znano go pod imieniem Gajanan, nie
przebywał w nim za długo i za często. Znikał nieoczekiwanie, wręcz przenikał przez ściany, widywano go zarazem i w domu i w sąsiedztwie
nieopodal. Jednego dnia znowu zniknął, żeby odnaleźć się w pobliskiej miejscowości Adgaon. Tutaj m. in. dokonał tzw cudu, napełniając wodą,
wyschniętą od dwunastu lat studnię będącą ostatnią deską ratunku dla miejscowych farmerów, nękanych przez długotrwałą suszę. Było to
zresztą jedno z wielu podobnych zdarzeń, za którymi kryła się łaska Sadguru, laska nazywana w Indiach Ahetuk Kripa i której istotą jest
samopoświęcenie i miłość. Jak wspominał sam Gajanan, tak naprawdę nie można pomóc innym, jeżeli nie poświęci się samego siebie, jeżeli
intencja pomocy nie wypłynie z całej przestrzeni serca. Odnotowano też liczne przypadki, kiedy Gajanan ratował życie innych, poświęcając
siebie i ryzykując życiem. Np. uratował jednego z mieszkańców wioski przed śmiercią z powodu ukąszeń przez ogromny rój pszczół.
Sam przyjął na siebie atak owadów. W ocenie świadków zwykły człowiek nie miał prawa przeżyć takiej ilości ukąszeń. Przynajmniej kilka
osób z Shegaon i okolicy doświadczyło wręcz permanentnej ochrony ze strony tajemniczego Avadhuta. Gajana powtarzał, podobnie jak Sai
Baba z Shirdi:Przyciągam moje dzieci z tysięcy mil, niczym ptaki przywiązane do mnie niewidzialną nicią i chronię je.
Gajanan Maharaj nie wygłaszał jakis szczególnych mów, dyskursów, kiedy mówił nie opierał się o
tak zwane święte pisma. Uczył przez przykład. Jednego razu do domu, w którym akurat przebywał Gajanan przybyło dziesięciu braminów z
południa Indii celem wyciągnięcia od gospodarza domu daksziny. Pretekstem do otrzymania przez nich pieniędzy miało być wyrecytowanie
przez nich pewnych mantr wedyjskich. Kiedy bramini przystąpili do śpiewów, na łóżku, jakie znajdowało się w tym samym pomieszczeniu,
nieoczekiwanie zerwało się prześcieradło i wyjrzał spod niego ledwo co przebudzony Gajanan. I powiedział, że bramini błędnie, ze złym
akcentem recytują Wedy i za chwilę sam wyrecytował to, czego nie potrafili poprawnie zrobić uczeni w piśmie. Bramini od razu rozpoznali,
że mają do czynienia z kimś niezwykle wykształconym i pokłonili się do stóp Maharaja. A ten, zamiast gospodarza domu, sam od siebie
wręczył braminom dakszinę.
Najbardziej jednak spektakularnym wydarzeniem odnotowanym przez biografów Gajanana było pewne
zdarzenie w wioskowej świątyni Sziwy. Maharaj udał sie do niej jednego dnia, jak czynił to zresztą często. Zapragnął być tam dłużej,
więc okoliczni mieszkańcy zbudowali mu niewielki szałas przy świątyni, w którym mógł przyjmować chętnych do spotkania z nim. I wówczas
do wioski przybyła grupa podobno nad wyraz pretensjonalnych sadhu, świętych mężów. W indyjskiej tradycji sadhu w miejscu, do którego
przybędą mogą zawsze liczyć na poczęstunek i wypoczynek, a także dakszinę. Swoją drogą tradycja ta była i do dzisiaj jest często
nadużywana przez licznych przebierańców w pomarańczowych szatach. Ostatnio w Indiach pojawiają się nawet przebierańcy z Zachodu,na
ogół życiowi outsiderzy, którzy odkryli sposób na łatwe, a czasami przyjemne a przede wszystkim tanie spędzenie czasu w Indiach. I
przyznam, że i dzisiaj, poza obszarami większych miast, pomarańczowa szata ciągle działa i pomaga utrzymać się na życiowej powierzchni.
W każdym bądź razie wspomniani sadhu zażyczyli sobie jeszcze, by posiłek został im podany przez prawie nagiego, siedzącego w szałasie
Gajanana. Chcieli w ten sposób pokazać swoja wyższość nad wioskowym „świętym mężem”. Kiedy zjedli, obsłużeni, zgodnie z życzeniem przez
Gajanana zapalili jeszcze dla podniesienia nastroju chillum z gandżią i przystąpili do wygłaszania nauk dla mieszkańców Shegaon. Wykład
miał polegać na interpretacji jednego z wersów Bhagavadgity, uniwersalnego tekstu hinduistycznego, znanego chyba w każdym domu indyjskim.
Sens wersu był mniej więcej taki, że „żadna siła nie jest w stanie zniszczyć duszy, nie jest tez w stanie strawić jej ogień”. Wers ten
interpretował lider grupy sadhu i robił to dosyć pompatycznie. W tym czasie Gajanan spoczywał sobie spokojnie na swoim łożu wystawionym
przed szałas i pociągał chillum. W pewnej chwili mówca spostrzegł z niepokojem, że słuchacze jego wywodów gromadzą się nie przy nim, ale
oblegają łoże Gajanana. Widząc co się dzieje, mówca z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej gniewny. Ale naraz stało się coś jeszcze
bardziej dziwnego łóżko popalającego chillum Maharaja stanęło w ogniu. Dosłownie. Gdy płomienie wystrzeliły już wysoko w górę zwolennicy
Gajanana zażądali, żeby ten szybko zeskoczył z łoża, a niektórzy z nich zjawili się już z naczyniami z wodą. Ale Maharaj spokojnie oznajmił,
że woda jest zbędna, a on sam zostanie na łożu. Widząc tę dramatyczną sytuację zazdrosny sadhu - mówca poczuł wyraźną satysfakcję z powodu
zamieszania wokół osoby swego duchowego konkurenta. Ale nagle Gajanan zwrócił się właśnie prosto do sadhu:„Przez cały czas opowiadałeś
zebranym o duszy, która nie może być unicestwiona przez żadną siłę i nie może strawić jej ogień. Skoro tak, to przyjdź to do mnie, na to
płonące łoże, dając dowód swego nauczania”. Sadhu nie zareagował, najwyraźniej przestraszony. Wówczas Maharaj poprosił jednego z
najsilniejszych fizycznie swoich uczniów, żeby siłą przyprowadził do niego przemądrzałego sadhu. I tak się stało i tylko w ostatniej
chwili Gajanan zatrzymał go przed bezpośrednim kontaktem z płomieniami. Sadhu był tak wstrząśnięty i wystraszony, że w jednej chwili
cała jego pretensjonalność ulotniła się, niczym powietrze z przebitego balonu. A Gajanan przeprosił go za może nieco drastyczną formę
swego nauczania i poradził duchowemu oratorowi, żeby wkroczył na drogę bezpośredniego doświadczenia i praktyki, dając spokój z
nauczaniem innych za pomoca słów.
Gajanan Maharaj przebywał w Shegaon i okolicy przez blisko trzydzieści lat, przez cały ten
czas dokonując wielu niezwykłych rzeczy. Umarł, czyli osiągnął ostateczne samadhi 8 września 1910 roku. Nie był i nie jest tak
popularny jak Sai Baba z Shirdi, duchowy gigant Maharasztry z XIX wieku, ale do dzisiaj jest czczony w licznych domach w tym przeogromnym
stanie. Jego atrybutem do dzisiaj jest chillum będący symbolem boskiej błogości , w jakiej nieustannie znajdował się niezwykły Avadhut.
Mariusz Piotrowski
Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 1/2010
|