ARTYKUŁY




Oświecenie, zaciemnienie...


      Oświecenie, to jeden z najwyżej cenionych towarów w duchowym markecie. Co raz to pojawia się „zjeżdżający do naszego kraju” kolejny oświecony, bądż mistrz samozrealizowany, ewentualnie sukcesor w linii mistrzów zrealizowanych, samourzeczywistnionych, etc.etc. Najczęściej jednak mamy do czynienia z typem:”osobnik oświecony w dzieciństwie w wyniku kontaktu z np. Krija Babajim, Kryszną, Duchem Świętym/ do wyboru/, w ostateczności może to być jakiś kosmita z Plejad, ewentualnie dowódca gwiezdnego komanda, Asztar...A mając już swoją marketingową klechdę można do oświecenia, samourzeczywistnienia, samorealizacji, poprowadzić maluczkich. Oczywiście na ogół za pieniądze, chociaż nie zawsze wyciągane z kieszeni naiwnych wprost ale np. w formie tzw. dobrowolnych dotacji, datków na budowę centrum, aszramu,instytutu itd....Od pewnego czasu z rozbawieniem, a zarazem zażenowaniem obserwuję działalność, w Polsce, tzw. uzdrowicieli, którzy po pierwszej wizycie w Indiach,wrócili oświeceni, z bagażem duchowych imion, stygmatami wybitności duchowej i niezłomną chęcią spieniężenia tych tak niematerialnych i nieuchwytnych wartości. Spieniężenia w formie płatnych kursów prowadzących właśnie do samadhi, oświecenia, samorealizacji. Akurat w tym jednym przypadku jest to zwykły folklor mentalny, ale takich spryciarzy jest coraz, coraz to więcej......Niestety......

      Czym jest oświecenie ? To wielkie pytanie, na które prawdopodobnie nie ma odpowiedzi. A właściwie na pewno nie ma odpowiedzi. Pytanie o oświecenie prawdopodobnie wynika z fałszywego założenia, że coś takiego w ogóle istnieje. Oczywiście, prowadzący kursy, płatne seminaria będą wiedzieli. Będą wiedzieli, że oświecenie, to brak ego, to wszechwiedzaa/taki oświecony na pewno nie zna mojego numeru komórkowego../.Ewentualnie, oświecenie, według nich, to chwalebna przeszłość karmiczna, sięgająca korzeniami, Atlantydy, Lemurii, Egiptu, oczywiście, do wyboru...Można też być od samego życiowego startu dzieckiem indygo, złotym, czy srebrnym dzieckiem, a to jża w ogóle certyfikat oświecenia. Zwłaszcza, jeśli dziecko jest naszym dzieckiem. Automatycznie może wówczas zostać awatarem, awatarką, błogosławioną, świętą, możemy tu posłużyć się każdym innym terminem ze słownika mitów duchowych. Tu króciutka anegdota: niedawno byłem świadkiem, kiedy jeden z prowadzących kurs „wciskał” swoim wiernym prawdę, że współcześnie na Ziemi pojawiło się dwóch awatarów: ojciec Pio i Sathya Sai Baba. Na pytanie skąd WIE, odparł, że wie, bo WIE. Cena kursu dwudniowego tylko kilkaset złotych.! Człowiek też chyba oświecony, a na pewno wszechwiedzący....

      A więc raz jeszcze: Czym jest oświecenie ? Jeden z moich najbardziej ulubionych nauczycieli duchowych/mistrzów, ale nie mistrz wniebowstąpiony – oczywiście do nieba teozoficznego.../, Nisargadatta Maharaj, prawdziwy Goliat indyjskiej duchowości twierdził przez całe swoje „oświecone” życie, że nie ma czegoś takiego jak oświecenie !!!Co więcej, stwierdzał, że sama świadomość faktu, iz nie ma czegoś takiego jak oświecenie jest już oświeceniem !!! Według Nisargadatty oświecenie, to nie wszechwiedza, niebieskie światło, spokój, stan bez myśli, błogość, czy bezwarunkowa miłość/ swoją drogą to chyba jeszcze większy koncept, niż koncept oświecenia/. Oświecony, wg Nisargadatty, jeżeli już posługiwać się tym terminem, to ktoś, kto ma niezachwiane poczucie, że jest TYM: wielka siłą, absolutem, Sziwą, Kryszną, Bogiem, ale nie oddzielona od innych osobą. Dlatego wyrosłe z fałszu JA prawdziwie „oświeconego” nie może mówić: Ja jestem oświecony, gdyż miraż nie może takowym być. Nie może w konsekwencji takiego spojrzenia być osoby oświeconej, gdyż, z założenia, sama osoba to fałsz, wynikający z błędnej percepcji ukształtowanej przez otoczenie, rodzinę, czy tzw kulturę. Krótko mówiąc - osoba i oświecenie nie maja prawa pojawić sie razem. Nisargadatta mówił jeszcze dosadniej o naszym poczuciu tego, że jesteśmy indywidualnymi osobami. Mówił, że jako „osoby”, wszyscy jesteśmy dziećmi bezpłodnych matek. Te dzieci, to zaledwie miraże absolutu. Dlatego taki oświecony nigdy nie śmiałby powiedzieć o sobie: Przybywam do was, ja oświecony, żeby was nauczać. Dlatego też oświeceni , tak jak postrzegał ich Nisargadatta, nie pisali, ani nie piszą książek, np. autobiografii. Nie interesują ich osobiste historie, w tym własna, gdyż mają stuprocentową pewność, że byłaby to wyłącznie historia powstania mirażu. Tak samo zresztą gani mnie od czasu do czasu mój Mistrz: żadnych biografii, żadnych opowieści o mistrzach. To nieważne !!! Nie interesuje ich w związku z tym duchowy marketing, który zawsze opiera się na fałszywej samoidentyfikacji tzw. oświeconego. Nie interesuje ich też , zresztą samo pojęcie duchowości czy też tzw. ścieżek duchowych, które to pojęcia wywodzą się z tak zwanej wiedzy. A tak tak zwana wiedza zawsze dotyczy fałszywie pojmowanej i postrzeganej odrębnej osoby, która w konsekwencji i tak jest tylko mentalnym mirażem. Dlatego mistrzowie czy nauczyciele klasy Nisargadatty nie prowadzili wykładów, seminariów/oczywiście płatnych/, bo w ich odczuciu tak naprawdę nie ma niczego do przekazania. Cała wiedza jaka dysponowała, dysponuje i będzie dysponowała ludzkość jest fałszywa, gdyż wyrosła z fałszywej percepcji. Żeby zajrzeć za kurtynę skrywającą istotę świata, wszechświata, istnienia należy odrzucić cała wiedzę, wszystko, czym obciążyła nas tzw. kultura. Ale, niestety, nie można tego zrobić wolicjonalnie Można, oczywiście starać się, próbować, ale czy i kiedy uda się nam zajrzeć za kurtynę, nikt nie jest w stanie tego zagwarantować. Próby zajrzenia za kurtynę mogą polegać np. na spotęgowaniu medytacji, na odrzuceniu wszelkich tzw.”świętych ksiąg”, szczególnie z mnożącymi się do nich komentarzami. Prawdopodobnie w taki czy inny sposób można zainicjować w umyśle i ciele „reakcję łańcuchową” polegająca na stopniowym wyrzucaniu z systemu umysł-ciało całego kulturowego balastu wiedzy. Kiedy balast znika,dopiero wówczas rodzi się prawdziwy człowiek, człowiek w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie kulturowo zaprogramowany społeczny bio-robot którego cała tzw. wiedza to zaledwie powtarzanie konceptów, jakie wcześniej przed nim przyswoili sobie wszyscy inni. Ktoś taki nigdy nie powie o sobie, że jest oświecony, wybitny, przebywający w nieustannym samadhi,że jest mesjaszem, matką- ojcem wszechświata. Dla mesjaszy miejsce na ogół jest bądź w szpitalu psychiatrycznym,więzieniu, ale najwięcej przestrzeni dzisiaj mają dla siebie w internecie,który jest w stanie wchłonąć każdą najbardziej piramidalną bzdurę.

      Jednym z najbardziej znanych współcześnie przypadków oświecenia, to przypadek zmarłego ponad dwa lata temu U.G.Krishnamurthiego. Nie Jiddu Krishnamurthiego, który każde wydane drukiem swoje słowo opatrywał copyrightem, lecz właśnie przypadek U.G.Obaj zresztą poznali się, znali i ich drogi w różny sposób krzyżowały się. Nie ścieżki duchowe, lecz po prostu linie życia. Przypadek U.G.został stosunkowo dobrze rozpoznany, poświadczony przez wielu, którzy zdążyli poznać go w ciągu jego blisko 90-letniego życia. Zupełnie inaczej niż miało to miejsce w przypadku chociażby Buddy,który jest znany przede wszystkim z mitycznych opowieści i mnożących się bez liku apokryfów. Kiedy jeszcze słuchałem ludzi tzw. wiedzących, byli wśród nich też eksperci od Buddy, zawsze zastanawiałem się nad tym, skąd oni wszyscy wiedzą co Budda powiedział wtedy to a wtedy. Na każda okoliczność mieli anegdotkę i gotowe „słowa Buddy”. W końcu doszedłem do wniosku, że Budda, gdyby miał powiedzieć to wszystko, co przypisują mu autorzy rozlicznych książek,analiz, prac naukowych, duchowych, religijnych, to przez całe swoje życie, zamiast medytować,musiałby tylko ględzić, ględzić i ględzić. Dzisiaj zapewne pisałby swój grafomański blog. Na szczęście Budda, jeśli był tym, kim był, i jeżeli w ogóle istniał, to zapewne był jednak kimś znacznie bardziej powściągliwym w słowach.

      U.G. Był dowodem na to, że warunkiem narodzin prawdziwego człowieka jest pozbycie całej dotychczasowej wiedzy. Dopiero wówczas ciało, nieskrępowane przez te wiedzę zaczyna żyć pełnią swoich biologicznych możliwości. U.G. który cała swoją dotychczasowa pamięć stracił w jednej chwili w wieku swoich 49 lat i straciwszy ją, przestał wiedzieć. Do tego stopnia, że stracił swoja tożsamość płciową. Przestał wiedzieć jak powinien zachowywać się mężczyzna, jak kobieta. Ta wiedza to też tylko i wyłącznie kultura. Zaczęła mu rosnąć pierś, uaktywniły się wszystkie gruczoły dokrewne, szalały hormony, a ciało każdego dnia wchodziło w stan śmierci klinicznej, gdyż „zniknęło” zarządzające nim centrum. Narodził się wtedy człowiek, który z diamentu stał się brylantem. Przez następnych 40 lat życia dostępnym dla tych, którzy też chcieli się dać „oszlifować”. Ale nie przez wiedzę,lecz przez kontakt z pięknym i prawdziwym człowiekiem. Który przy każdej okazji mówił im: Nie ma niczego do osiągnięcia, niczego do zrozumienia, żadnego celu ,do jakiego trzeba dotrzeć......Ale i tak tylko garstka była w stanie mu zawierzyć, pozostali i tak wyruszyli w nieprzebytą dotąd przez . Nikogo dżunglę świętych pism i traktatów. Przepraszam, przebyli ją przecież wszyscy zawodowcy i amatorzy duchowego nauczania....

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 11/2009