|
|
ARTYKUŁY
Praniczny tost w ogniu kundalini
Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy spotkałem Bharat Matę, spotkanie to wywarło na mnie duże wrażenie.
Joginka właśnie rozpoczynała siódmy miesiąc swojej ascetycznej praktyki polegającej na nieprzyjmowaniu przez cały ten czas zarówno posiłków stałych
jak i płynów. Do tego wszystkiego joginka wzmocniła ascezę całkowitym milczeniem, w razie konieczności posługiwała się kartką i ołówkiem.
Chociaż sama nie jadła i nie piła, dla naszej małej grupki, jaka dotarła do górskiej samotni nieopodal Nerli w stanie Maharasztra, na kartce
zadysponowała komuś z pobliskiej wioski przyrządzenie posiłku dla nas. Sama zresztą posiłek ten w finalnej fazie osobiście przygotowywała.
Najwidoczniej po tylu miesiącach całkowitego postu kontakt z jedzeniem nie miał już dla niej jakiegokolwiek znaczenia. Przyznam, że ta z
natury urodziwa kobieta, wydała mi się jeszcze ładniejsza, a jej uroda jeszcze subtelniejsza w porównaniu z oglądanymi przeze mnie
wcześniej zdjęciami jak i zasłyszanymi zachwytami innych. Najwidoczniej taka asceza służyła jej bardzo, czego dowodem były chociażby
gorejące oczy, przenikliwy wzrok był skutkiem oczyszczenia krwi. Spotkanie z Bharat Matą było dla mnie ważnym doświadczeniem, gdyż
po raz pierwszy w Indiach spotkałem kogoś w trakcie tak ekstremalnej ascezy. Wcześniej o indyjskich niejedzących wiedziałem jedynie
z książek, m. in. ze słynnej, Autobiografii Jogina. Paramahamsy Yoganandy , gdzie opisał swoje spotkanie z Giri Balą, kobietą niejedząca
od kilkudziesięciu lat. Nawet dla samego Yoganandy spotkanie takiej osoby było i zaskoczeniem i wielkim wydarzeniem. Giri Bala nie
była jednak klasyczną joginką lecz osobą, która w stan nie wymagający jedzenia weszła spontanicznie na skutek splotu okoliczności życiowych.
Swoją droga nic w tym dziwnego,że spotkanie Giri Bali było wielkim przeżyciem dla Yoganandy, gdyż ten, popularny zwłaszcza na Zachodzie jogin,
do ascetów z pewnością nie należał, a podczas lat spędzonych w Ameryce popadł w zgubny nałóg jedzenia ciastek, co stało się z kolei przyczyną
silnej cukrzycy a ta zawału i w efekcie śmierci podczas eleganckiego bankietu wydanego na część ambasadora Indii . Co prawda wielbiciele
Yoganandy mówią, nie o śmierci a mahasamdhi , ale fakt jest faktem, że zmarł na serce. Ale też jest faktem, że przez kilkanaście dni jego
ciało nie wykazywało oznak rozkładu, co zapewne było następstwem praktyk oddechowych prowadzonych przez niego. Przesycone praną ciało jeszcze
po śmierci mózgu „żyło”, mając w sobie zasoby pranicznej siły życiowej.
.jpg)
Na początku obecnej dekady, niczym grom z jasnego nieba przetoczyła się przez Polskę moda na niejedzenie.
Była to głównie moda medialna: artykuły, wywiady, rozmowy o niejedzeniu. Znacznie mniej o niejedzeniu było w telewizjach, które bały się, że
niejedzenie będzie kojarzone z takimi przypadłościami jak anoreksja i bulimia. Pojawiły się też, pierwsze polskie gwiazdy niejedzenia, których
główną siłą napędową. była na ogól chęć zaistnienia w mediach, a potem prowadzenie płatnych seminariów, kursów, warsztatów. Jednak równie
szybko jak gwiazdy zabłysły, tak zgasły, a na placu boju pozostał dzisiaj chyba jedynie Joachim Werdin, człowiek, który przez minione lata
starał się rzetelnie, bez taniego mistycyzowania, przybliżyć fizjologię procesu niejedzenia. Niejedzenie przegrało z potopem „kotleta i suszi”
rozmaitych programików o gotowaniu. Sam jednak dzięki tej modzie przeszedłem tzw. 21-dniowy proces bez jedzenia i picia, co, przyznam,
pozwoliło mi uwierzyć w możliwości organizmu, które są znacznie znacznie większe, niż stara się to wmówić nam współczesna medycyna, fizjologia,
czy tzw. Dietetyka. I mogłem pojechać do Indii, będąc w pewnym stopniu przygotowanym na spotkanie z prawdziwym fenomenem niejedzenia.
Niejedzenie w Indiach nie stanowi źródła sensacji. O niejedzących przez dłuższy czy krótszy czas słyszało
wielu. Wiadomo też, że tak żyć potrafią prawdziwi jogini, zaznaczam:prawdziwi!, gdyż , jak wiadomo, jogicznych przebierańców, jest w Indiach bez
liku, niczym w Polsce uzdrowicieli...Z fenomenu niejedzenia nie robi się tam medialnej sensacji, gdyż wiadomo, że jest to możliwe i jest
to naturalna funkcja ludzkiego organizmu, a ściślej, umysłu. Ten fenomen jest na ogół produktem ubocznym umysłu medytującego, tzn. nie tylko
praktykującego tzw medytację, ale po prostu będącego w stanie medytacyjno-kontemplacyjnym. Zmiana tradycyjnego sposobu zasilania organizmu na
zasilanie praniczne, czy, jak mówią w Indiach „z powietrza” pozwala na znaczne zwiększenie żywotności i pozwala na życie na znacznie większych
obrotach niż dotąd. A przy okazji pozwala zatrzymać starzenie się organizmu, a nawet cofnąć pewne, wydawałoby się już nieodwracalne zmiany,
jak siwienie, zmarszczki itd. Wprawdzie jogini nie jedzą dla powodów estetycznych, ale przy okazji wyróżniają się na tle opasłych braminów,
panditów, czy czy innych tzw mistrzów, którzy nie są w stanie być nawet mistrzami własnego ciała. Jogin nie je po to, żeby rozbudzić w sobie
odwieczny ogień wszechobecnej kosmicznej siły kundalini, zwanej też ognistym wężem.
Klasyczne opisy kundalini zostały odnalezione w starożytnych tekstach hinduskich zwanych tantrami.
Tantry bardzo starannie podają szczegóły dotyczące nauki o kundalini i stanowią jedno z najlepszych źródeł dla zbadania tego zjawiska.
W ciele istnieje wiele centrów psychicznych zwanych czakrami, rozmieszczonych wzdłuż kręgosłupa od jego podstawy aż do czubka głowy. Określone
nerwy biegnące z innych części ciała łączą się w tych centrach, tak więc, każde centrum albo inaczej czakra, pełni funkcje punktu stycznego
dla różnych energii emocjonalnych, umysłowych i psychicznych. Jednakże dopóki kundalini ich nie uaktywni, czakry są w stanie większego lub
mniejszego uśpienia. Sama kundalini jest energią bioelektryczną, która spoczywa w stanie utajnienia w najniższej czakrze u podstawy kręgosłupa
i „aktywizuje” czakry, otwierając tym samym dostęp do różnych talentów, zdolności psychicznych i tym podobnych. Oświecenie następuje wówczas ,
kiedy energia kundalini wznosi się przez cały czas , aż dociera do najwyższej czakry usytuowanej na szczycie głowy. Uaktywnić kundalini można
np. poprzez medytację. Jednak najszybciej taką aktywację wymusić przez niejedzenie bądź specjalny post. Np przez dietę polegającą na czasowym,
od miesiąca do kilku, ograniczeniu posiłków stałych do jednego dziennie, a potem na zastąpieniu przez kilka tygodni posiłku stałego wyłącznie
wodą. Taka dieta poprzedza specjalny proces medytacyjny mający na celu podniesienie kundalini i uaktywnienie uśpionych dotąd czakr. Np. taki
proces dietetyczno-medytacyjny proponuje w Indiach tysiącom adeptów atma-jogi JanglidasMaharaj, który ostatnio gościł w Polsce i przez
wspomniany proces przeprowadził tu ponad sto osób. Bardziej drastyczną formę takiego postu miałem okazję przejść w aszramie mojego Mistrza
ponad rok temu. Wraz z grupka kilkorga bardzo młodych joginów, głównie kobiet, w kwietniu, najgorętszym miesiącu roku poddani zostaliśmy
trwającej tydzień próbie bycia bez jedzenia i wody. Temperatura w pokoju, jaki zajmował każdy z nas nie różniła się wiele od tej na zewnątrz,
a ta, z końcem kwietnia wynosi ok 40 st. C. I przyznam, że chociaż podobne doświadczenie miałem już za sobą w Polsce, to tym razem ledwo
dotrwałem do końca. Było to prawdziwe piekło........Ta tygodniowa próba nazwana została wewnętrznym pańczagni, próbą ognia wewnętrznego,
w przeciwieństwie do prawdziwej próby pańczagni, zarezerwowanej dla zaawansowanych joginów, podczas której to próby adept spędza w najgorętszym
miesiącu roku kilka tygodni na codziennej próbie w kręgu pięciu płonących wokół ognisk. To już próba dla całkowicie stabilnych umysłów, dla
innych istnieje ryzyko śmierci. Ale czy w jednym czy w drugim rodzaju pańczagni, podstawą jest niejedzenie.
Oczywiście, nie każdy próbujący na siłę nie jeść, ma gwarancję przebudzenia kundalini. Gdyby
tak było, to byłby to najprostszy sposób na oświecenie. Ale prawdziwi jogini gwarantują, że jest to najpewniejszy sposób. A jeśli ten
radykalny post wzmocniony zostanie przez czasowy celibat i milczenie, to wynik jest gwarantowany prawie w stu procentach.
Niedawno, podczas majowej wizyty Janglidasa Maharaja miałem okazję tłumaczyć rozmowy Mistrza z
dwiema osobami. Każda z nich stanęła oko w oko z dramatycznym problemem: nowotworem w takiej czy innej fazie. Były to już zresztą nawroty
choroby. I odpowiedz była w obu przypadkach taka sama: „Przejdź post i medytuj. Najpierw ogranicz posiłki, potem tylko woda, a potem jakiś
czas „tylko powietrze”. Musisz wzniecić w sobie kundalini. Ogień kundalini spali wszystkie komórki nowotworowe. A potem w ciele pojawi
się nektar, amrita, która od wnętrza regeneruje ciało. Musisz uruchomić tę fabrykę części zamiennych. Natychmiast ! Nie jutro, tylko teraz,
zaraz. I nie musisz wcale porzucać dotychczasowej terapii. Wraz z kundalini terapia zadziała ze wzmożona mocą. A lekarze, którzy zajmują
się Tobą, za jakiś czas będą całkowicie zbici z tropu. Nie będą w stanie pojąć, jak doszło do wyzdrowienia. A masz na wyzdrowienie
pełną gwarancję”. Świadkiem tej rozmowy był również młody lekarz i odniosłem wrażenie, że przesłanie Mistrza było skierowane nie tylko
dla wspomnianych wcześniej osób, ale może i głównie dla niego.
Obecnie świat duchowych aspirantów z wielkim zainteresowaniem przygląda się losom Ram Bomjona,
zwanego dzisiaj Palden Dorje. Młodego człowieka z Nepalu, który od trzech lat medytuje, nie jedząc przy tym i nie pijąc. Przyglądają mu
się również media z właściwym sobie „wdziękiem” poszukując podstępu w całej tej sprawie. Ale nie znajdą, gdyż jeszcze nie wiedzą, że w
medytacji możliwe jest wszystko. Nawet zajadanie się codzienne pranicznym tostem, czyli życie wyłącznie „powietrzem”........

Mariusz Piotrowski
Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 9/2009
|