ARTYKUŁY




Joga i hipnoza, część 2


      Do Jodhpuru trafiłem wówczas jeszcze jako turysta, chociaż już znużony powtarzalnością świątyń i wszelakich tzw. świętych miejsc. I kiedy już zacząłem zastanawiać się nad tym, jak zagospodarować czas w Jodhpurze, przypomniałem sobie o pewnej książce, jaką zaledwie dwa lata wcześniej kupiłem w księgarni w Puttaparthi, a jaka zrobiła na mnie wtedy wielkie wrażenie. I od razu przypomniałem sobie o tym, że jej autor, a jakże, mieszka przecież w tym skądinąd pięknym mieście. I od razu zdecydowałem dotrzeć tam samodzielnie, bez moich towarzyszy, którzy wówczas byli ciągle jeszcze w duchowo-religijnej euforii,żądni świątyń i boskich wizerunków. Niestety, nie pamiętałem adresu, pod którym mieszkał jeden z naj- bardziej znanych indyjskich hipnotyzerów. Jednak, wbrew obawom- trafienie w indyjskim zgiełku i ścisku dokądkolwiek, wydaje się prawie niemożliwe - już trzeci z kolei napotkany rykszarz wiedział dokąd jechać. Po jakiś dwudziestu minutach jazdy ryksza przedarła się przez chaos centrum miasta i wjechałem do całkiem eleganckiej, jak na ówczesne indyjskie standardy, dzielnicy jasnych,na ogół białych budynków. W końcu ryksza zatrzymała się przed jednym z nich. Było już blisko południa, słońce grzało niemiłosiernie. Przed budynkiem stało kilka osób. Wyraźnie czekali na kogoś. Wysiadłem z rykszy i postanowiłem wejść do środka, jednak prawie w tej samej chwili drzwi otworzyły się i do oczekujących wyszedł dosyć postawny mężczyzna, w długiej jasnej szacie. Powiedział coś do zebranych i ci,chwile później rozeszli się. Ja zostałem, a mężczyzna, po angielsku, zwrócił się do mnie. Widząc moje zmieszanie, zachęcił mnie gestem reki do wejścia do środka. Uprzedzając moje pytanie przedstawił się: Narayan Shrimali. Przyznam, że zmieszałem się zupełnie stojąc przed tym znanym hinduskim hipnotyzerem zwłaszcza, że tak naprawdę wcale nie wiedziałem, po co przyjechałem do niego. Nie miałem wtedy ani jakichś szczególnych pytań , ani problemów, jakie ktoś miałby pomóc mi rozwiązać. Była to chyba tylko ciekawość, chęć spotkania autora książek o hipnozie i tantrze, które wywarły na mnie duże wrażenie. Poza książkowymi lekturami nie wiedziałem też niczego o hipnozie i prawdziwej tantrze. Byłem wówczas tzw. poszukiwaczem duchowym, ciągle jeszcze zaprogramowanym religijnie, chociaż z niewątpliwym pędem do wędrówek po zakamarkach własnego umysłu i do medytacji. Mistrz zresztą najwyraźniej nie potrzebował moich wyjaśnień, przeczytał mnie bez mojej pomocy. Zaprosił mnie do swojego gabinetu, a właściwie do malej domowej świątyni, na której ścianach pełno było wizerunków rozmaitych tantrycznych form Szakti oraz jeszcze większa rozmaitość jantr, geometrycznych form energetycznych. Usiedliśmy, a Mistrz na wstępie zaznaczył,że ma dla mnie nie więcej niż kwadrans, gdyż niebawem rozpocznie przyjmowanie swoich,nazwijmy ich, klientów, których, jak ujawnił, miał każdego dnia po kilkunastu:byli to zarówno zwykli ludzie z Jodhpur, jak i biznesmeni, a nawet gwiazdy showbiznesu z całych Indii. Narayan Dutt Shrimali, bo tak brzmiało pełne nazwisko Mistrza, był przede wszystkim hipnotyzerem, ale jako wybitny adept tantry, potrafił znajdować remedia na najrozmaitsze problemy, z jakimi ludzie zgłaszali się do niego. „Wiem, że chciałbyś osiągnąć postęp w medytacji&drquo;, powiedział na samym wstępie.„Jak każdy sadhaka/adept duchowości/ zapewne nasłuchałeś się o samadhi, najwyższym stanie medytacyjnym. I myślisz zapewne, że jest to stan osiągany wyłącznie przez joginów w Himalajach ?” I dodał po chwili: „Też możesz to osiągnąć. Tak naprawdę samadhi, jest specjalnym stanem hipnotycznym, najgłębszym stanem hipnotycznym, stanem całkowitej nieświadomości. W tym stanie człowiek całkowicie traci kontrolę nad sobą i jest podatny na każda sugestię z zewnątrz. Jogini wykorzystują ten wysoki stan,żeby przetrwać wysoko w Himalajach, gdzie jest śnieg i lód. Wprowadzają w ten stan samych siebie, żeby przetrwać w warunkach, w jakich normalnie nie można przeżyć,kiedy zwykły człowiek umarłby z wyziębienia po kilkunastu minutach. A jogini mogą przeżyć tak wiele dni,owinięci jedynie jedną bawełnianą szatą. Jest to stan autohipnozy. Tym głębszy, im ciało i umysł, są „rozmiękczone” przez specjalne praktyki ascetyczne szczególnie przez długotrwały post. W tym stanie /samadhi/ medytujacy staje się jednym z tym,nad czym medytuje np. z Brahmanem, Atmanem, etc.....Stan ten nazywany jest też joga-nidra. Jest to stan najwyższej koncentracji, kiedy medytujący i obiekt stają się jednym. Stan ten jest podstawą wszelkich mocy nazywanych siddhi. Jednak, żeby dojść do tego stanu, niezbędna jest rygorystyczna praktyka ascetyczna. ”Pan Shrimali przerwał na moment swój wywód i spojrzał na mnie uważnie. „Jeśli jesteś gotów poświęcić czas,zacznij od pranajamy, od ćwiczeń oddechowych. Najlepiej, żebyś znalazł sobie dobrego nauczyciela. Twoje ciało powinno zostać napełnione praną, powinna być nią napełniona każda jego komórka. Jeśli będziesz potrafił to zrobić, to czeka ciebie jeszcze bardziej rygorystyczny etap:musisz praktykować koncentrację. W Indiach praktyka ta nazywa się tratak, o tym możesz dowiedzieć się z mojej książki. Ale najważniejsze są oczy ! Ćwicz oczy ! Widzę, że masz okulary, ale to nie jest przeszkoda. Musisz napełnić oczy praną. Ćwicz przy pomocy szakti - czakry. Koniecznie, jeśli naprawdę chcesz zostać joginem. A teraz przepraszam, musimy już kończyć. Jeśli chcesz, przyjdź jutro. Będę miał więcej czasu”. Mistrz Shrimali wstał i na chwilę wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, z którego przyniósł coś, co powiedział jest specjalnie dla mnie. Jak wyjaśnił, była to właśnie wspomniana przez niego szakti-czakra. Na kawałku cienkiej blachy wielkości zeszytu i pokrytej białą farbą wił się, a właściwie wibrował w oczach czarny ślimak.„Weź to i ćwicz. Trzymaj przed oczyma i patrz w czakrę, kiedy tylko będziesz miał czas. To jest podstawa sukcesu. Za jakiś czas będziesz w stanie zahipnotyzować każdego wzrokiem.” Na pożegnanie pan Shrimali powiedział jeszcze: „Jak poćwiczysz trochę, to postaraj sie trafić znowu do mnie. Nauczę ciebie prawdziwej hipnozy.”

       Pożegnaliśmy się, a ja, ściskając swoją cudowną czakrę przywołałem rykszę i wróciłem do hoteliku, w którym czekali już na mnie moi towarzysze podróży. Musieliśmy jechać dalej, ale ja czułem bardzo wyraźnie, że jeszcze powinienem zostać . I zostawiłem wkrótce za sobą Jodhpur wraz z Mistrzem Shrimalim. Pojechałem dalej w swoją duchowo - turystyczną podróż. I dopiero po czasie dotarło do mnie, z jakiego formatu Mistrzem zetknęło mnie przeznaczenie. Ale wtedy chyba jeszcze nie byłem gotów na podjęcie prawdziwej jogiczno - hipnotycznej sadhany, jaką zaproponował Mistrz Shrimali. Wtedy jeszcze byłem łowcą boskości we wszelakich jej przejawach, człowiekiem, który był zahipnotyzowany przez innych.

      Kiedy dwa lata temu na peronie kolejowym w Hyderabadzie przeglądałem na straganie książki, jakie ewentualnie mógłbym kupić, nagle, ku swemu zdumieniu, dostrzegłem książkę napisana przez Narayane Shrimaliego. Od razu odezwało się silne wspomnienie, książkę kupiłem natychmiast. I kiedy już zacząłem ją przeglądać, w przedziale pociągu do Shirdi, na skrzydełku przeczytałem krótką notkę, z której wynikało, że Mistrz Shrimali nie żyje już od blisko dziesięciu lat,i że zmarł nagle w rok po mojej wizycie u niego.

      Narayan Dutt Shrimali to była legenda hipnotyzmu indyjskiego,który różni sie od hipnotyzmu zachodniego podejściem. W Indiach podstawą sukcesu jest silna praktyka jogiczna, która pozwala na hipnotyzowanie przez uzyskanie mocy pranicznej. Stąd kładziony jest tam nacisk na medytacje, posty, ćwiczenia koncentracji itd. Na Zachodzie liczy się przede wszystkim technika, chociaż na ogół pozbawiona mocy. Stąd też na Zachodzie wielu wiedzących, ale mało skutecznych. Mistrz Shrimali jest stawiany w jednym rzędzie z najsłynniejszymi indyjskimi hipnotyzerami, jak. np. Sarkar, który słynął ze zbiorowych widowisk hipnotycznych. Pan Shrimali, który raczej unikał scenicznego rozgłosu, przy swojej naturze jogina, jednego razu jednak powtórzył legendarny hipnotyczny „numer” Sarkara. Zaproszony, po długich naleganiach, na publiczny pokaz spóźnił się nań o blisko pół godziny. Jak się miało okazać celowo. Wszyscy obecni a sali, w liczbie około pięciuset osób widzieli zarówno na swoich zegarkach jak i na dużym zegarze w sali właściwą godzinę rozpoczęcia spektaklu. To była zaledwie jedna z licznych możliwości,jakimi dysponował Mistrz - legenda indyjskiego hipnotyzmu.

Mariusz Piotrowski

Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 3/2009