|
|
ARTYKUŁY
Joga i hipnoza
Jednego razu Mistrz postanowił pokazać naszej małej grupce piękno okolicy
wokół jednego ze swych aszramów w Maharastrze. Pojechaliśmy z aszramu Wada-Ambai do oddalonego o jakieś niespełna
sto kilometrów od Bombaju miejsca o nazwie Shahpur, gdzie rozciąga się niesamowicie malowniczy sztuczny zbiornik
wody będący magazynem wody pitnej dla kilkunastomilionowej aglomeracji. Ten zaprojektowany i wybudowany jeszcze
przez Brytyjczyków zbiornik powstał w miejscu gęstej dżungli, której resztki, mimo upływu stu lat ciągle kuszą
swoją dzikością. Teren jest wyżynny, przepiękne wzgórza poprzetykane są tam koloniami drzew i gęstych zarośli.
A najpiękniejszy widok rozpościera się z serca Shahapur - tamy spiętrzającej wody tego rozlewiska. Tutaj też
znajduje się wspomniane wcześniej ujęcie wody dla Bombaju. Jak inne tego typu miejsca na świecie jest ono
szczególnie chronione i pilnowane przed ewentualnością zatrucia wody. Miejsce to okalało solidne ogrodzenie
zwieńczone równie solidną bramą, za którą wewnątrz stali strażnicy. Na dany przez Mistrza znak samochody naszej
wyprawy zatrzymały się, wysiedliśmy i skierowaliśmy się ku tej okazałej bramie. Asystujący Mistrzowi Hindus
zwrócił się do strażników z pytaniem o możliwości wejścia naszej grupki na strzeżony obszar ujęcia wody.
Odpowiedź była krótka i zdecydowana: NIE! Pilnujący byli nieustępliwi, takie zresztą było chyba ich zadanie.
Nie wzruszył ich nawet widok ascetycznego sadhu owiniętego zaledwie skromnym kawałkiem białego prześcieradła.
Mogłem zresztą obserwować Mistrza w czasie tej krótkiej wymiany zdań: był jak zwykle bardzo spokojny, a do tego
uśmiechał się. Na kategoryczną odmowę przez strażników, zamaszyście zawinął kawałkiem swego prześcieradła i
nakazał powrót do samochodów. I kiedy już tak wracaliśmy, naraz usłyszeliśmy jak nieoczekiwanie otwiera się
brama i biegnie do nas jeden z wartowników. Podbiegł do Mistrza i ku naszemu jeszcze większemu zaskoczeniu
padł mu do stóp, prosząc jednocześnie w imieniu ochrony i personelu do środka, nawet nas białych. Mistrz
spojrzał na niego, uśmiechnął się jeszcze serdeczniej, znowu zamaszyście zaciągnął swoją szatę i przed nami
otworzyła się perspektywa blisko godzinnego pobytu w iście rajskim otoczeniu wody, kwiatów i mnóstwa egzotycznych
dla nas ptaków. Mistrz przez cały czas uśmiechał się filuternie, a ja długo jeszcze byłem zdumiony całym tym
zajściem. I przyznam, że w czasie późniejszych licznych podróży z Mistrzem takich incydentów, nie-incydentów,
kiedy otwierały się, wydawałoby się, zamknięte dla nas bramy, drzwi, wejścia widziałem jeszcze wiele razy.
I za każdym takim razem byłem mocno zdumiony.„To tylko medytacja”, powiedział jednego razu Mistrz. Ja
jednak podejrzewałem, że za medytacją kryje się coś jeszcze. Zwłaszcza,że od różnych osób, jakie przez lata
miały sposobność poznać Mistrza słyszałem o jego hipnotyzującym spojrzeniu. Hipnotyzującym zarówno w
bezpośredniej bliskości, jak i na odległość.
Pewnego razu, a była to piąta rocznica powstania głównego aszramu Mistrza
w pobliżu Shirdi, Mistrz zaproponował, żeby z tej okazji zaprosić na występ do aszramu Anupa Jalotę, najsłynniejszego
wówczas indyjskiego śpiewaka pieśni religijnych, człowieka, podobnie jak śpiewaczka Anuradha Paudwal, mającego na
koncie kilka setek płyt. Ale Jalota, to ktoś, czyj kalendarz występów był i jest wypełniony na dwa lata naprzód.
Specjalnie wysłany do Bombaju przez Mistrza posłaniec z zaproszeniem dla gwiazdy był pewien, że udaje się w
„mission impossible”,chociaż Mistrz pożegnał go na drogę słowami: „Wszystko załatwione”. Kiedy wysłannik dotarł
w końcu do apartamentowca w eleganckiej bombajskiej dzielnicy zamieszkiwanej m.in. Przez bollywoodzkie gwiazdy i
gwiazdeczki zdziwił się, kiedy usłyszał od ochroniarza, że Jalota jest akurat w mieszkaniu i właściwie to chyba
czeka na kogoś. Bez większych ceregieli wysłannik z Shirdi został wpuszczony do budynku, skierowany do windy, a
na piętrze równie uprzejmie inny ochroniarz wskazał mu drzwi do apartamentu Jaloty. I tak się akurat złożyło, że
gwiazdor osobiście otworzył na dzwonek drzwi. Był sam. Zaprosił posłańca do środka, po czym w salonie zaprosił
go do wyłożenia całej sprawy. Wysłuchawszy propozycji, nawet z zainteresowaniem, chociaż Mistrza nie znał wcale,
wyraził żal z powodu już znacznie wcześniej zapełnionego terminarza koncertów i zaproponował, coś na przyszłość,
ale w terminie znacznie bardziej odległym od pożądanego. I kiedy wydawało się już, że wizyta dobiega do bezowocnego
końca, naraz w salonie rozległ się telefon. Śpiewak podniósł słuchawkę, wymienił z kimś kilka zdań i i z nieco
zdziwiony zwrócił się do wysłannika: „Wie, Pan, dostałem telefon od agenta, ktoś odwołał koncert i to akurat
w dniu, w jakim miałbym pojawić się w Shirdi. Przyznam, że nie wiem, co o tym myśleć. No, ale skoro tak się
stało, to chyba przyjadę..”. Wysłannik Mistrza był zaskoczony obrotem wydarzeń chyba jeszcze bardziej niż sam
gwiazdor. A kiedy już wrócił do aszramu z radosną nowiną, Mistrz, jak zwykle uśmiechnął się, spojrzał na
posłańca swoim hipnotycznym wzrokiem i powiedział:„Medytuj...”A posłaniec, człowiek skądinąd medytujący, był
głęboko przekonany, że za całym tym tajemniczym zbiegiem okoliczności kryła się jakaś jogiczna sztuczka Mistrza.
Prawdopodobnie hipnotyczna w swej naturze, jak dzisiaj uważa ówczesny szczęśliwy posłaniec. Ale z całą pewnością
u jej podłoża i tak tkwiła ascetyczna praktyka jogiczna, pozwalająca na uzyskanie efektów przekraczających
najśmielsze wyobrażenia o skuteczności hipnozy. I z całą pewnością bardzo odbiegająca od topornych scenicznych
popisów zachodnich hipnotyzerów, posługujących się nie tyle pranicznym magnetyzmem joginów, co pewnymi trikami z
zakresu m. in. Neurolingwistycznego programowania. Chociaż przyznać trzeba, że i na Zachodzie zdarzają się mistrzowie
hipnotyzujący z większym wdziękiem, jak np. Popularny Anglik, Derren Brown, z którego efektownymi występami można
zapoznać się na You Tube.
Jeden z najefektowniejszych pokazów hipnotycznych w Indiach od dziesiątek
lat, odbywa sie w aszramach Sathya Sai Baby, zwłaszcza w Puttaparthi, gdzie oprawa widowiska jest istnym
majstersztykiem scenicznego pokazu hipnotycznego. Nie ma tutaj pohukiwań, pokrzykiwań, padania na wznak, czy
robienia jakichś dziwnych rzeczy, ale wszyscy uczestnicy widowiska tkwią i tak w potężnym hipnotycznym transie,
zaszczepionym wcześniej przez śpiew,muzykę trans mantr, a także ciszę i zaspokajanie oczekiwań i wyobrażeń.
Dlatego też od dziesiątek lat ludzie wracają stamtąd przekonani np. o możliwości materializacji przedmiotów,
które powstają na ich zahipnotyzowanych oczach, a raczej w zahipnotyzowanych umysłach. Ten spektakl z Putaparthi
jest spektaklem na wielka skalę i, trzeba przyznać jest widowiskiem wielce ekscytującym, w przeciwieństwie,
do niektórych tanich imitacji tego spektaklu, tworzonych przez różnych joginów w Indiach, a zwłaszcza przez tych,
którzy popularności szukają na Zachodzie. Wielu z nich podróżuje między Stanami Zjednoczonymi a Europą, próbując z
większym bądź mniejszym powodzeniem przyciągnąć wiernych/czytaj:płatników/stosując na ogół tanie sztuczki na poziomie
targowych iluzjonistów, „materializując” tanie medaliki, kolczyki czy tzw, lingamy, które to przedmioty można kupić
na prawie każdym indyjskim straganie za nie więcej niż dwadzieścia,trzydzieści rupii.....
Jednak można spotkać w Indiach prawdziwych mistrzów sztuki hipnotyzmu,
którzy nie ukrywają, że ją znają, potrafią to udowodnić a także potrafią jej nauczyć. Sztuka hipnozy znana jest
zresztą w Indiach od stuleci, ma znacznie dłuższą tradycję niż na Zachodzie. Znana i studiowana była w Indiach
pod nazwą Vashikaran Vidya, czyli wiedza o zwodzeniu, głównie przez adeptów tantry/nie mylić z wszelkiej maści
love tantrami/. Nieliczni prawdziwi mistrzowie tej sztuki nie są zbyt łatwo osiągalni, gdyż albo już nie żyją,
a ich następcy są już tylko i zaledwie ich następcami, albo trafia się na spirytualnych biznesmenów,od których
anonsów reklamowych roi się w prasie czy internecie. Wydaje mi się, że takiego prawdziwego Mistrza hipnozy miałem
okazję spotkać w czasie moich indyjskich peregrynacji, a zdarzyło się to blisko dziesięć lat temu w Jodhpurze w
Radżastanie. Ale o tym i sekretach jogicznego hipnotyzmu następnym razem.
Artykuł ukazał się w Czwartym Wymiarze, nr 2/2009
|