|
|
ARTYKUŁY
Badrinath, Mahavatar Babaji i
Swami Yogananda cz.II
Wspinaczkę do Kedarnath rozpoczęliśmy około czwartej nad ranem. Po ulewnej
nocy spędzonej w hotelowym wieloosobowym pokoju, w wilgotnej i zbutwiałej pościeli, perspektywa piętnastokilometrowej
wędrówki wydawała się całkiem radosna. Zwłaszcza, że deszczowe chmury nieoczekiwanie rozpierzchły się i pielgrzymkę
do świątyni w Kedarnath mogłem rozpocząć w ciemnościach rozświetlonych przez Księżyc i ostry blask gwiazd. Nasza mała
grupka, jaka wyruszyła w górę w tej mistycznej scenerii,była prawdopodobnie pierwsza z wieloosobowej rzeszy pielgrzymów,
jacy jeszcze spali w hotelikach przemoczonego przez spóźniony monsun Gaurikund. To znajdujące się na 2200 metrach
miasteczko jest punktem wyjściowym do kilku tras wiodących w szczególne duchowe miejsca Himalajów. Przede mną
była trasa, która miała doprowadzić mnie do znajdującej się o 1400 metrów wyżej świątyni skrywającej w swoim wnętrzu jeden
z dwunastu indyjskich jothirlingamów.
Po kilku kilometrach coraz bardziej mozolnego marszu nasza grupka stopniowo
rozproszyła się, każdy decydował się iść własnym tempem, zważywszy to, że powietrze stawało się coraz bardziej
rozrzedzone. I po kilku następnych kilometrach zauważyłem, ku lekkiemu zaskoczeniu, że nie jestem już w tej grupce
„uciekinierów z peletonu”. Po prostu, co raz to ktoś wyprzedzał mnie. Ale nie pieszo, tylko konno. Okazuje się, że
większość z tych, którzy później niż ja wyruszyli z Gaurikund w obliczu problemów z ciałem i zadyszką skorzystała z
łaski współczującego Sziwy i wybrała, co prawda płatny, ale za to znacznie łatwiejszy wariant pielgrzymki: konno.
Taka pielgrzymka, to koszt kilkuset rupii, w zależności od skutecznej negocjacji z właścicielem konia, muła, czy
osła/ten w cenie najwyższej/. A dla tych, dla których nawet taki wysiłek jest z jakichś względów niemożliwy,
Sziwa ma jeszcze jedną łaskę tragarzy, którzy teraz już za kilka tysięcy rupi mogą ponieść do Kedar nawet w
specjalnej lektyce, a jak kto bardzo lekki i kruchy to w wiklinowym nosidle, zakładanym przez tragarza na plecy.
A, jako że w Indiach wielu, ale to wielu starszych, a pobożnych ludzi, cierpi na atrofię mięśni i kośćca z powodu
wszech panującej osteoporozy i fluorozy /niestety, dotyka ona i awatarów/, to konno-nosidełkowy ruch na tej trasie
zrobił się tak intensywny, niczym na jakimś międzystanowym highwayu. Piesi, jak ja i iluś innych, to był już mało
znaczący margines, który co chwila musiał ustępować z drogi grupom konnych bądź rozpędzonych tragarzy. Ale musiałem
przyznać, że święty biznes, jak prawie na całym świecie, jest świetnie zorganizowany i przed oblicze Boga, za
pieniądze, dostarczy każdego, żywego czy umarłego.
W końcu jednak, po blisko czterech godzinach marszu, przyciągany nieustannie
przez wznoszące się w oddali ośnieżone szczyty himalajskie dotarłem, już tylko w peletonie, do Kedarnath. Przyznam,
że fakt ten przyjąłem z pewnym zadowoleniem, gdyż przez ostatnie dwa kilometry wyraźnie poczułem, że z powodu uboższego
powietrza nogi odmawiają mi posłuszeństwa, stając się dziwnie ciężkie. Przysiadłem nawet tuż przed Kedarnath na
kilkanaście minut w przydrożnej knajpce i z ogromną satysfakcją wypiłem, co prawda zimny,ale nieźle nakręcający
napój himalajskich joginów, czyli po prostu klasyczną coca-colę. Ona i krótka przerwa w marszu na nowo pozwoliły
mi uwierzyć w łaskę Sziwy w to, że niebawem stanę w świątyni przed jego obliczem. Ruszyłem w miarę raźno i wkrótce
już zmierzałem wąskimi uliczkami Kedarnath ku świątyni. Miasteczko jeszcze jakieś dwa miesiące miało żyć swoim
religijno-odpustowym rytmem, żeby potem na następnych sześć miesięcy zasnąć snem zimowym. Wyjeżdżają stad właściwie
wszyscy, a świątynia, jak w Badrinath , zostaje zamknięta. Sziwa też z pewnością znika, może na Goa ? Temperatura w
Kedar nie przekraczała 10 stopni powyżej zera.

„Yogananda” i jogini z Kedarnath
Wchodząc na dziedziniec przed może niewielką rozmiarami, ale pełną jakiegoś
niesamowitego majestatu świątynię minąłem kilku żebrako-joginów, którzy z całą pewnością więcej czasu spędzają na
swojej żebraczej sadhanie niż chociażby na medytacji. Przyznam, że pierwsze spojrzenie na nich, spowodowało we mnie
rozczarowanie, nawet tutaj lipa i wyciągnięte po rupie ręce. I zestaw trików znanych z rozmaitych innych
„świętych miejsc”.Przeniosłem na chwilę wzrok na ścianę ośnieżonych szczytów stanowiących malownicze tło dla
świątyni. Może gdzieś tam w jaskiniach medytują prawdziwi jogini ? Przecież to tutaj, niespełna pół godziny marszu
od świątyni miał, według rozmaitych przekazów, porzucić ciało słynny Siankara, patron rozlicznych zakonów,
protoplasta wielu znanych duchowych mistrzów, czy innych samozwańczych guru. Mit i rzeczywistość zdawały się wcale ,
ale to wcale nie sklejać w jakąś całość. Rozczarowany, bez specjalnego entuzjazmu skierowałem się do samej świątyni.
Jakoś przedarłem się do środka przez pierwszą zaporę tłumu, potem następną i następną, aż w końcu dotarłem do samego
lingamu. Ścisk zrobił się jeszcze większy, czułem, że oddycham z trudem, jakbym był na wysokości o dwa tysiące metrów
większej. Kiedy próbowałem pochylić się, żeby w końcu dotknąć lingamu /z dwunastu jothirlingamów „zaliczyłem” połowę/
naraz ktoś z fanatycznego tłumu zdzielił mnie łokciem w głowę, może żebym mocniej uwierzył ? Jednak w tym momencie
przypomniałem sobie słowa mojego Mistrza: „Pamiętaj, nie ma niczego na zewnątrz”. Ale jakimś nadludzkim wysiłkiem
dotknąłem lingamu i zaraz, jak tylko mogłem najszybciej, zacząłem wycofywać się na zewnątrz. W tej religijnej
gorączce jakoś nie straciłem czujności i ominąłem jakiegoś zaradnego bramina, który króciutkim rytuałem zdejmował
z człowieka karmiczny kurz /cena zależna od koloru skóry i stopnia infantylizmu, chociaż nie mniej niż sto rupii/.
I wręcz szczęśliwy, z siedziby Sziwy wydostałem się na zewnątrz. Wyminąłem jeszcze kilka żebrzących rąk w ochrowych
szatach, gdy naraz mój wzrok padł na mur po prawej stronie wyjścia ze świątyni. Nie, to niemożliwe ! Stał tam, jak
najbardziej fizyczny, mój nowy znajomy z Badrinath. Swami Yogananda ? A może jeszcze ktoś inny ? Ale kto ? Tak,
jak wcześniej zapowiedział, zjawił się. Stał, zatopiony w medytacyjnej pozycji. Białka oczu wzniesione ku górze.
I te same gęste, ciemne długie włosy. To na pewno on, ten sam tajemniczy nieznajomy.

Vira-Yogananda w medytacji przed światynia w Kedar
Wpatrywałem się w niego przez kilka minut. Chwila rozterki i postanowiłem
zrobić mu zdjęcie. Czułem przyzwolenie, chociaż np. mój Mistrz wyraźnie zaczął skutecznie zniechęcać swoje otoczenie
do fotograficznego hobby. Szybka seria zdjęć i tajemnica została uchwycona...
Kiedy tylko zdołałem jakoś uporać się z moją fotograficzną słabością,
nieznajomy otworzył oczy, najwyraźniej powracając ze swego transu do tej rzeczywistości. Wykonał prawą ręką dyskretną
mudrę., przywołując mnie do siebie. Podszedłem.”Witaj”, powiedział na początek i zaczął się uśmiechać. „Tak, to ja”,
dodał. Ale w tym momencie podszedł do nas jakiś kolejny żebrzący. Nieznajomy dał znać, żebyśmy opuścili świątynny
dziedziniec i skierowali się wąską drogą prowadzącą w górę. W górę ku ośnieżonym szczytom.
Przeszliśmy bez słowa jakieś dziesięć minut. Aż wreszcie nieznajomy dał znak,
żebyśmy zatrzymali się i usiedli na pobliskim rozłożystym kamieniu. „Nie będą przeszkadzać”, stwierdził. I usiedliśmy.
I znowu cisza.
„Myślisz, że jestem Yoganandą?”, przerwał naraz ciszę. Spojrzałem w jego mocno
ciemną twarz, znacznie bardziej ciemną niż u Hindusów z północy, raczej przypominał rasowego Tamila.”Wielu chciałoby
spotkać Yoganandę”, mruknąłem. I z różnych względów”, stwierdziłem.
„Może jeszcze lepiej byłoby spotkać Krija Babajiego?”, zauważył „mój”
Yogananda.”Mógłbyś to obwieścić światu i rozpocząć „biznes”, zaproponował, jakby chciał uprzedzić moje pytanie.
„Wielu tak robi, żeby zbudować mit założycielski dla swoich przyszłych organizacji. To takie proste, a ludzie są
naiwni...Bardzo naiwni...”
„Ale jednak musiałbym się nauczyć czegoś od tego Krija Babajiego, a może
od Ciebie?”, zauważyłem.”Na przykład tajemnych technik krija jogi, czy sekretnych mudr ?” Powiedziałem, co akurat
przyszło mi na myśl.
Nieznajomy uśmiechnął się szczerze.
„A są takie ?”, spytał, śmiejąc się nadal. Byłem skonsternowany.
„Te sekrety są tylko dla naiwnych”, ciągnął. „Ludzie chcą poznawać sekrety, gdyż myślą, że jest gdzieś jakaś prawda do
odkrycia. Zapewniam ciebie, że nie ma tej prawdy do odkrycia w żadnym himalajskim aszramie nawet najbardziej sekretnym .
Prawda nie jest nigdzie ukryta. Ona po prostu jest. I tylko Ona.....”
Pomilczeliśmy jakiś czas, a ja poczułem,że pora wracać do Kedarnath.
„Wracaj sam, zostanę tu jeszcze”, uprzedził moje słowa nieznajomy.
Przymknął oczy, po czym otworzył ponownie.
„Oczywiście, że nie jestem Yoganandą, chociaż wszyscy chcą go zobaczyć we
mnie. Raz nawet dostałem propozycję występowania publicznie jako Jego inkarnacja. Mogłem wyjechać do Stanów
Zjednoczonych...A tak w ogóle to mam na imię Vira i jestem Malezyjczykiem. Prowadzę aszram w Kuala Lumpur.
Wiem, że odwiedzisz mnie tam. Może wtedy powiem tobie więcej...
I skłoniwszy się egzotycznemu nieznajomemu-znajomemu, wyruszyłem w drogę
powrotną do Kedarnath. Za sobą zostawiałem tajemniczego Malezyjczyka i samadhi Siankary, przed sobą miałem kilka
godzin powrotu do Gaurikund. A w sobie mimo wszystko pewną wątpliwość: Kogo tak naprawdę spotkałem ? Kiedy jednak
zastanawiając się, rozgrzewałem się za bardzo, włączała się płyta ze słowami mojego Mistrza:
„Pamiętaj, na zewnątrz nie ma niczego...”
MariuszPiotrowski
|