"GOPI KRISHNA"


/opowieśc o przebudzeniu kundalini/

      Gopi Krishna mieszkał w mieście Jammu w północnych Indiach, zimowej stolicy stanów Jammu i Kaszmiru, gdy po raz pierwszy uaktywniła się w jego ciele Kundalini. Był rok 1937. Pracował wtedy jako urzędnik podległy Dyrektorowi Edukacji w stanowym Departamencie Robót Publicznych. Gopi Krishna miał wówczas 34 lata. Po pracy zwykle spędzał czas na zdobywaniu wiedzy o świętych pismach i literaturze wszystkich religii, studiował także oraz ćwiczył jogę. Jego praktyka polegała między innymi na tym, że wstawał bardzo wcześnie, więc mógł medytować we wschodzącym świetle poranka. Podczas medytacji kontemplował "obraz lotosu w pełnym rozkwicie, promieniejący światłem"i siedział "nieruchomo nie poruszając się ani nie wstając, [jego] myśli nieprzerwanie koncentrowały się na lotosie".Pewnego grudniowego poranka jego medytacja przybrała nieoczekiwany obrót. Opisał to następująco:

      Całym swoim jestestwem byłem tak pochłonięty kontemplacją lotosu, że na wiele minut straciłem kontakt z moim ciałem i z otoczeniem. W czasie tej przerwy czułem, jakbym był zawieszony w powietrzu, w ogóle nie odczuwając ciała. Jedynym przedmiotem, jakiego byłem świadomy, był lotos o olśniewających kolorach, wysyłający promienie światła...

      Podczas jednego z tych momentów intensywnej koncentracji doznałem nagle dziwnego odczucia w miejscu leżącym poniżej podstawy kręgosłupa, w miejscu, którym dotykałem siedzenia a siedziałem ze skrzyżowanymi nogami na złożonym kocu rozciągniętym na podłodze. Odczucie to było tak nadzwyczajne i tak przyjemne,że moja uwaga, chcąc nie chcąc, skierowała się na nie. W chwili gdy ta uwaga tak nieoczekiwanie przeniosła się z punktu, na którym byłem skupiony, uczucie to zniknęło. Myśląc, że jest to zwodnicza gra mojej wyobraźni mająca na celu uwolnienie napięcia, wyrzuciłem tę sprawę z umysłu i przeniosłem uwagę z powrotem tam, skąd zbłądziła. Ponownie skupiłem się na lotosie i gdy jego obraz na czubku mojej głowy stał się bardzo wyraźny, znowu pojawiło się to uczucie. Tym razem próbowałem utrzymać uwagę w skupieniu i udało mi się to przez kilka sekund, lecz to odczucie zaczęło się nasilać i przesuwać w górę, i było tak intensywne i nadzwyczajne, a jednocześnie tak nieporównywalne z niczym, czego do tej pory doświadczyłem, że wbrew mnie samemu, mój umysł podążył za nim i dokładnie w tym momencie ono ponownie zniknęło... Serce zaczęło mi bić jak oszalałe i okazało się, że skupienie uwagi w takim stopniu, w jakim bym chciał, jest niezmiernie trudne. Po chwili opanowałem się i pogrążyłem na nowo w głębokiej medytacji. Gdy zanurzyłem się w niej całkowicie, znowu doznałem tego uczucia, lecz tym razem, zamiast pozwolić, aby mój umysł porzucił punkt, na jakim byłem skupiony, bezwzględnie utrzymałem na nim uwagę. Uczucie to znowu rozciągnęło się w górę, nabierając intensywności i poczułem, że zaczynam się kołysać; z wielkim wysiłkiem utrzymywałem uwagę skupioną na lotosie. Nagle poczułem strumień płynnego światła wnikający do umysłu poprzez rdzeń kręgowy, a towarzyszył temu ryk podobny do spadającego wodospadu. Początkowo nie byłem przygotowany na taki rozwój wypadków, więc zostałem kompletnie zaskoczony; lecz błyskawicznie odzyskując samokontrolę, pozostałem w tej samej pozycji i utrzymywałem umysł skoncentrowany na tym samym punkcie. Światło stawało się coraz jaśniejsze, a ryk coraz głośniejszy, doznałem uczucia kołysania i poczułem, jak wyślizguję się z ciała, otulony świetlną poświatą. Niemożliwe jest dokładne opisanie tego doświadczenia. Poczułem, że ten punkt mojej świadomości, który był mną, rozrasta się, otoczony przez fale światła. Rozrastał się coraz bardziej, rozprzestrzeniając się na zewnątrz, podczas gdy ciało, zwykle najbardziej bezpośredni przedmiot swej percepcji, zdawało się coraz bardziej oddalać, aż całkowicie straciłem jego świadomość. Byłem teraz wyłącznie świadomością, bez żadnego zarysu, pozbawiony idei cielesności, nie odbierałem żadnych wrażeń ani nie odczuwałem niczego, co pochodziłoby od zmysłów, byłem zanurzony w morzu światła, a jednocześnie w pełni przytomny i świadomy w każdym calu, rozprzestrzeniałem się we wszystkich kierunkach, bez żadnych barier czy blokad ze strony materii. Nie byłem już sobą, albo też, ściślej mówiąc, nie byłem już tym, za kogo się uważałem, małym punktem świadomości zamkniętym w ciele, lecz ogromnym kręgiem świadomości, w którym ciało było zaledwie skąpanym w świetle punktem znajdującym się w stanie zachwytu i nieopisanego szczęścia.

      Po jakimś czasie, którego długości nie potrafię ocenić, krąg zaczął się zwężać; poczułem, że się kurczę, staję się coraz mniejszy, aż znowu zacząłem być mgliście, a potem coraz wyraźniej świadomy zarysu mojego ciała; i gdy ponownie powróciłem do dawnego stanu, nagle znowu stałem się świadomy hałasów dobiegających z ulicy, znowu poczułem, że mam ręce, nogi i głowę i jeszcze raz poczułem się swoim ograniczonym ja, mającym kontakt z ciałem i z otoczeniem. Gdy otworzyłem oczy i rozejrzałem się poczułem się nieco oszołomiony i zdezorientowany, tak jakbym powrócił z obcego, zupełnie mi nieznanego lądu.

      Początkowo Gopi Krishna nie dowierzał własnym zmysłom i wątpił w to, co się dzieje. Zastanawiał się, czy nie ma halucynacji. Nie odważył się myśleć, że jest możliwe, aby miał przebłysk czegoś "transcendentalnego", wizję boskości, że on, Gopi Krichna, pojął sens ,,rzeczywistości". A mimo to zdawało się, że istotnie w pełni doświadczył kundalini. Przywołał w pamięci to, co przeczytał o kundalini w książkach na temat jogi. Ogólnie wiedział, co to jest kundalini; słyszał o tej dziwnej sile zwanej nieraz siłą węża albo ognistym wężem. Mimo wszystko, trudno mu było uwierzyć, że to on ma być tym jednym z wybranych, jednym z nielicznych szczęściarzy, który nieoczekiwanie znalazł klucz do mechanizmu ezoterycznego zwanego kundalini. Pomimo samozwątpienia był to niekwestionowany rozwój jaźni, świadomości, który zdawał się wywołać potężny prąd zaczynający się u podstawy kręgosłupa i biegnący wzdłuż niego aż do umysłu. Zmuszony był przyznać, że światło, którego doświadczył, nie było słońcem, które, jak potem zobaczył, wznosiło się przed jego oczami- lecz było światłem wewnętrznym, stanowiącym integralną część poszerzającej się świadomości, część jego samego. Gopi krishna nie mógł temu zaprzeczyć, pomimo sceptycznej postawy co do tego, że właśnie doświadczył nadświadomego stanu umysłu.

      W przeciwieństwie do istniejącej wyidealizowanej wersji oświecenia, Gopi Krishna nie trwał w stanie nirwany po uaktywnieniu kundalini- nie nie stał się z dnia na dzień mędrcem głoszącym mądrość z wyżyn Himalajów. Wprost przeciwnie. Jak sam pisał, uwolnił w swoim ciele gwałtowne moce. Dzień po swoim pierwotnym doświadczeniu znowu był w stanie pobudzić kundalini, osiągając podobne efekty, jednak tym razem uczucie zachwytu nie było tak silne i nie trwało tak długo. Potem czuł się przygnębiony, a nawet zniechęcony; stopniowo zaczął spowijać go obłok depresji i ponurych nastrojów,stan przerażenia, bo zaczęły mu się ukazywać dziwne wewnętrzne obrazy i zjawy. Był to świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia i to było przerażające, nienormalne. Zaczął podejrzewać, że nie stanął przy wrotach oświecenia, lecz, że dotarł nad krawędź olbrzymiej przepaści zwanej obłędem. Co gorsza, Gopi Krishna zaczął sobie uświadamiać, że być może zrobił o jeden nieodwracalny krok za dużo, z którego powodu już zwisa nad przepaścią, ,,zawieszony na nitce, kołyszący się pomiędzy życiem a śmiercią, między zdrowiem psychicznym a obłędem, pomiędzy światłem a ciemnością, niebem a ziemią.

      Trzeci dzień po swoim ,,przebudzeniu"Gopi Krishna spędził w łóżku. Nie był w stanie skupić myśli nawet na krótką chwilę, a wąski strumyczek promiennej esencji stale wsączał mu się do mózgu wraz ze złowieszczym Swiatłem. Dni, które nastąpiły póżniej były koszmarne i nie odczuwał już potrzeby medytowania. Nie był w stanie normalni jeść i ograniczył dzienne racje żywnościowe do kilku filiżanek mleka i kilku pomarańczy. Czytał w sposób chaotyczny, bo nie mógł się skoncentrować. Noce były nie do zniesienia. Kiedy tylko zamykał oczy, olbrzymi jęzor ognia skakał mu po kręgosłupie, docierając aż do głowy. W nocy intensywność strumienia światła biegnącego wzdłuż kręgosłupa do mózgu znacznie wzrastała. Ilekroć zamykał oczy, stawał twarzą w twarz z niesamowitym kręgiem światła i wirującymi jarzącymi się prądami. Spektakl ten otaczała aura czegoś nadnaturalnego, co mroziło krew w żyłach. Spoglądając w głąb, dostrzegał siebie pośród przytłaczającego pokazu sztucznych ogni; otaczały go głośne ryki, strumienie światła i fale koloru miedzi wypływające z ciemności w jego kierunku. Świat Gopi Krishny stał się niezrozumiały. Uczucia w stosunku do żony i dzieci, które bardzo kochał i które były mu tak drogie, zniknęły. Nocą w jego sypialni złośliwie łypały na niego z ciemności szatańskie kreatury ze zniekształconymi twarzami i poskręcanymi, nieludzkimi kształtami. Od środka trawił go ogień, jakby w jego wnętrzu buchał piec; rozgrzane do czerwoności szpilki wbijały się w jego ciało, "jak fruwające iskierki przypalając i pokrywając bąblami organy i tkanki.". W głębi duszy przepełniały go strach i przerażenie.

      W tym okresie trwającym ponad dwa miesiące, Gopi Krishna przez cały czas zatajał przed swoją żoną powagę tego,co wiedział-że toczy walkę na śmierć i życie. Nie skontaktował się też z psychiatrą, czuł bowiem, że jego stan umysłu wykracza poza zakres i moąliwości psychoterapii i uznał, że jeden błąd w leczeniu mógłby przynieść zgubne skutki. Wspomniał o swoim stanie szwagrowi, który, choć nie potrafił podsunąć mu żadnego rozwiązania, dał mu wskazówkę, która doprowadziła do jego wyleczenia. Szwagier oświadczył, że jego guru wspomniał o tym, że jeśli kundalini zostanie obudzona przez Nadi Pingalę znajdującą się po prawej stronie kanału Suszumny, to można spłonąć z powodu nzdmiernego wewnętrznego żaru. Jak można by się spodziewać, w owym czasie ta porcja informacji nie była szczególnym objawieniem i tak naprawdę jeszcze bardziej przeraziła Gopi Krishnę. W rezultacie poradził się uczonego ascety z Kaszmiru. Jednak ten go mocno rozczarował-sugerując, że powodem choroby mogą być złośliwe duchy. Okazało się, że nie znalazł rozwiązania swego problemu.

      Pod koniec lutego 1938 roku, w wigilię świętego festiwalu Śiwaratri (Nocy Śiwy), ta faza procesu kundalini osiągnęła swój punkt kulminacyjny. Gopi Krishna pozostał w łóżku . Piekło go całe ciało. Czuł, że umiera. Potem przypomniał sobie radę szwagra dotyczącą Nadi Pingali. Oto jak Gopi Krishna opisuje to, co później nastąpiło:

      ...jakby boskim zrządzeniem błysnęła w moim umyśle idea, by podjąć ostatnią próbę i pobudzić Idę nerw księżycowy biegnący po lewej stronie, do aktywności, neutralizując w ten sposób to okrutne pieczenie trawiącego mnie od środka ognia (...). Skupiłem uwagę na lewej stronie miejsca, w którym znajdowała się Kundalini, i próbowałem zmusić zimny prąd ,który sobie wyobrażałem, do przesuwania się w górę wzdłuż kręgosłupa... Wyraźnie czułem położenie tego nerwu i bardzo wysilałem umysł, aby skierować jego przepływ do środkowego kanału. Potem zdarzył się cud, jakby czekał na odpowiedni moment.

      Dał się słyszeć dźwięk przypominający pstryknięcie włókna nerwowego i w tej chwili srebrzysty pasek ruszył zygzakiem wzdłuż kręgosłupa, wyglądał jak wijący się biały wąż w gwałtownym locie, wsączając do mojego umysłu promienną, spadającą kaskadami cudowną energię witalną i wypełniając mi głowę rozkosznym blaskiem, który zajął miejsce płomienia (...) . Całkowicie zaskoczony tą nagłą przemianą i... rozradowany złagodzeniem bólu, przez jakiś czas pozostawałem zupełnie spokojny i nie poruszałem się, smakując rozkosz, jaką dawała mi odczuwana ulga, umysł przepełniły mi emocje i nie byłem w stanie uwierzyć, że naprawdę uwolniłem się od tego horroru... Natychmiast zasnąłem, skąpany w świetle i po raz pierwszy od wielu tygodni udręk poczułem słodkie objęcia snu.

      Gopi Krishna obudził się po upływie godziny. Rozkoszny blask nadal przepływał przez jego głowę; serce biło mu równo, puls był normalny, a uczucie pieczenia i strach zniknęły. Po raz pierwszy od wielu tygodni poczuł prawdziwy głód, poprosił więc żonę o filiżankę mleka i trochę chleba, po czym znowu zapadł w sem. Po dwóch godzinach obudził się w tym samym podniosłym stanie umysłu. Zaobserwował pojawienie się promieniejącego blasku w żołądku, złocistego promienia szukającego pokarmu. Zjadł więc jeszcze trochę chleba i napił się mleka. Ku swojemu zdumienie dostrzegł, że blask w głowie przygasł wtedy, gdy jednocześnie powiększał się złocisty płomień w żołądku - tak jakby część strumienia energii przepływającej przez umysł była odciągana od obszaru gastrycznego, by pomagać w trawieniu. W końcu ten blask przeszedł przez drogi trawienne, "pieszcząc jelita i wątrobę, podczas gdy drugi strumień wlał się do nerek i serca. Ten prąd płynął przez jego ciało autonomicznie; w żaden sposób nie był w stanie kierować nim, mógł jedynie biernie mu się przyglądać będąc niewiarygodnie szczęśliwym. Zdawało się, że przeszedł w jakąś nową fazę procesu kundalini. Gopi Krishna napisał :

      Nie odczuwałem już żadnych dolegliwości; czułem wyłącznie łagodne i kojące ciepło przemieszczające się w moim ciele, gdy ten prąd przesuwał się a jednego miejsca w drugie. Obserwowałem tę cudowną grę w ciszy, całe moje jestestwo wypełniała bezgraniczna wdzięczność Niewidzialnemu za to czasowe uwolnienie od przerażającego losu; i w głowie zaczęło mi kiełkować przekonanie , że ognisty wąż rzeczywiście działał teraz w moim wyczerpanym i bliskim agonii ciele; oraz że jestem bezpieczny.

      Zintegrowanie się z cielesnymi i umysłowymi procesami Gopi Krishny zajęło kundalini dwanaście lat. Po tym, jak minął pierwszy kryzys, cieszył się on na ogół dobrym zdrowiem, lecz nadal przechodził wiele kryzysów Stosowanie rygorystycznej diety i przestrzeganie regularnych pór snu było czymś absolutnie koniecznym; a gdy zdarzyło się, że porzucił ten dzienny albo nocny reżim surowo za to płacił. Pewnego razu cierpiał z powodu tak poważnego nawrotu choroby, że niemal powrócił do punktu wyjścia - trząsł się ze strachu, był bliski śmierci, czuł, jak płonie w środku, otoczony przez wewnętrzną ścianę ognia. Jednak Gopi Krishna nauczył się, jak sobie z tym radzić i zawsze z nietkniętym mózgiem powracał do zdrowia po tej chwilowej zmianie.

      Gopi Krishna stopniowo zaczął zauważać metamorfozy, jakie miały miejsce w otaczającym świecie. Budynki jawiły mu się teraz rozświetlone wspaniałym srebrzystym blaskiem, sceny rozpościerające się przed jego oczyma były nasycone bogatą mieszanką koloru i cienia, a przedmioty oświetlone mlecznym blaskiem wskazujące nową fazę kundalini. Gopi Krishna podsumował to następująco: "(...) nadzwyczajna zmiana miała miejsce w oświeconym teraz centrum poznawczym mojego umysłu (...) ten fascynujący blask, który postrzegałem wokół każdego przedmiotu, nie był wytworem mojej wyobraźni ani czymś przynależnym tym przedmiotom, lecz [był] projekcją mojego wewnętrznego promieniowania ".

      Mijały lata, a radykalne przemiany w świecie zewnętrznym pozostały. Gopi Ktishna w pełni powrócił do zdrowia. Jego umysł funkcjonował dobrze, mógł czytać przez długi czas, nie odczuwając zmęczenia i powrócił do normalnej diety. Jedynym wspomnieniem tych ciężkich przejść było to, że w dalszym ciągu wypijał codzienni rano filiżankę mleka, a następną po południe i zjadał kromkę chleba. Grał w szachy. ,,Pomimo wszystkich tych oznak powrotu do normalności"- pisał Gopi Krishna - "łatwo było dostrzec, że umysłowo nie jestem już tym samym starym ja. Wraz z upływem czasu blask wewnętrzny i zewnętrzny stawały się coraz bardziej dostrzegalne. Wewnętrznym wzrokiem wyraźnie widziałem w sieci nerwów mojego ciała przepływające promieniejące prądy energii życiowej. W wewnętrznych obszarach mojego mózgu wzdłoż czoła był wyraźnie widoczny żywy srebrzysty płomień z delikatnym złocistym zabarwieniem. Obrazy moich myśli były jaskrawe, żywe i każdy przedmiot przywołany w pamięci posiadał blask w taki sam sposób, jak konkretną formę "



Jest to fragment z ksiązki: "KUNDALINI Nowoczesne spojrzenie", której autorem jest Darrel Irving. Książka ta zawiera też rozmowy z Gopi Krishną przeprowadzone przez Gene Kieffera. patrz Zapowiedzi wydawnicze